Pół-wolność na FB, a pani Pecia czyni podchody



Nie ma klawi… sorry, przycisku „nie lubię” na fejsbuku (przez niektórych zwanych „pejsbukiem”, ale skoro ktoś się nazywa Cukierberg, to powinien przyjąć te konsekwencje na klatę), i to mnie pcha ku dalszym przemyśleniom…

Jak ktoś napisał: „Wojna jest matką wszechrzeczy”. Nietsche za Heraklitem bodajże. Dla przeciętnego odbiorcy wojna jest okropieństwem najgorszym z możliwych, i tu duża zgoda. Acz warto się zagłębić nieco w temat.

CO jest motorem postępu? Takiego codziennego, technologicznego. Skąd mamy komputery/pralki/samochody/lokówki/prysznice/samoloty/dyski wielkości paznokcia, mogące pomieścić 1000 utworów muzycznych?...

Z wojny?... Na pozór bzdura. Aczkolwiek…

Z KONFLIKTU. Konflikt bodaj między Stephensonem a Trevithickiem, gdy chodziło o wykazanie, czy koła na szynach będą się ślizgały, czy nie, doprowadził do wynalazku działającej do dziś bezślizgowo, z niewielkimi modyfikacjami, lokomotywy. Konflikt/spór/konkurencja między Dunlopem a Michelinem dał nam dzisiejsze opony, całkiem chyba jednak nie najgorsze. Benz walczył niekoniecznie z konkurentem bezpośrednim, ile z rzeczywistością, gdy jego wspaniała żona, Berta Benz, de facto wygrała pierwszy, historyczny i jedyny w swoim rodzaju rajd indywidualny Mannheim-Pforzheim, „wozem bez koni”, wywalczywszy to, czego Benz by bez niej nie wywalczył. W KONFLIKCIE ze złośliwością rzeczy martwych i prawami Murphy’ego, gdy jeszcze pradziadek Murphy’ego srywał w becik, a na muchy mówił „tapty”.

Niejaki A, będąc w konflikcie z niejakim B, tworzy koncepcję: „A ja ci otóż pokażę, że można srać pod wiatr, i jeszcze z tego uzyskiwać energię!...” B, w opozycji, twierdzi, że ekskrementa można przekierować, i zasilać uzyskaną energią (dajmy na to) układ rozsiewania wonności w chlewniach farmerskich na tyle skutecznie, że świniaki się zaczną uśmiechać. I może niekoniecznie A stworzy wiekopomne i mega-wydajne odbiorniki metanu, czy B spowoduje taką deformację świńskich ryjów, że wyborcy (dajmy na to) Palikota zaczną odczuwać miłe swędzenie na widok Prosiaczka oraz jego krewnych-i-znajomych, ale…

Ale może wkroczyć na scenę C, który/a stwierdzi: „Po co się gównem zajmować, skoro wystarczy wykorzystać naturalną siłę zwieraczy.” I wymyśli na przykład lądownik lunarny z napędem skurczowym, a tam w próżni zapachy nikomu nie wadzą. Etc., etc., etc….

Strasznie się fekalnie i mocno abstrakcyjnie zrobiło nam jakoś. Proszę o 10 minut cierpliwości, za chwilę wracam. Acz ogólny kierunek rozumowania podtrzymuję.

                                                           --------------------

Ulżyło, wracam, kontynuuję. Bez fekalizmów już.

Mnóstwo wynalazków powstało dzięki technice wojennej. Choćby komórka – ktoś wyobraża sobie życie bez kieszonkowego aparaciku w tej dobie? Owszem, znam paru oryginałów – i szanuję ich wybór – którzy wynalazek ten czniają (minorum gentium), lub kontestują (arystokracja i do niej aspirujący). Acz dolary przeciw orzechom stawiam, że wśród czytających teraz te moje produkcje nie znajdzie się bodaj jedna osoba, która z aparaciku owego zmyślnego nie korzysta; jako, że znani mi oryginałowie „nie-korzystający” olewają również Internet. He-he-he, i tu was mam :->. Poproszę o przesłanie dolarów, orzechy pójdą zwrotnie kurierem :-)

Pierwsze „komórki” dane mi było zobaczyć w telewizyjnych reportażach z „Pustynnej Burzy”, gdzie oficerowie w stopniu od kapitana wzwyż dzierżyli czasem krzepko aparaty o rozmiarach przemysłowej suszarki do włosów, próbując je przyłożyć do ucha – choć to się tak do końca nie dało, gdyż biceps wyrobiony dźwiganiem tego grzmota uniemożliwiał nawet porządne uczesanie się, z powodu niemożności sięgnięcia grzebieniem do skroni. Biceps przeszkadzał, a wystarczająco długich grzebieni nie było w produkcji, ergo do ucha dystans był zbyt długi również dla protoplasty telefonu komórkowego, w związku z czym oficerowie nosili na głowach koafiury w stylu „Pustynny Jeż”. I tak zresztą podejrzewam, że obraz TV był obcięty tak zmyślnie, by ukryć dwóch szeregowych podpierających danego oficera z boku pod biodrem, by się nie wypierdolił pod ciężarem tych 15 kilogramów (z czego 12 ważyła bateria, starczająca na 10 minut rozmowy).

Ergo – komórka powstała dzięki wojnie, gdyż szybkość komunikacji na froncie to podstawa. Jak sobie wyobrażę, co by było w 1939, gdybyśmy mieli komórki, to aż mnie coś w dołku ściska… I wcale nie przedstawiam sobie przed oczami duszy mojej kawalerii z mini-słuchawkami Bluetooth, zawracającej karnie linię bez względu na bitewny zgiełk, tylko po prostu ciężki wpierdol, który dostałyby szkopy, a i pewnie wschodnią nawałę dałoby się powstrzymać. I po dziś zatrzymalibyśmy Lwów i Wilno, a Wrocław, Szczecin i Mazury i tak byłyby nasze. Żal dupę najzupełniej serio ściska – i nazywajcie mnie szowinistą, mam na to wyjebane. Wolny w końcu, kurwa, jestem, tak? TAK. A i pierwszy września mieliśmy niedawno, więc tym bardziej w czas się wkomponowuję.

Wracając do leitmotivu: Czy warto/należy i można zabronić „nie”? Jako słowa i postawy? Postawy nieuchronnie prowadzącej do konfliktu?... Konfliktu bez wątpienia przynoszącego nową wartość, niechby i tworzącego pierdowy napęd na Księżyc?... Konfliktu niekoniecznie ZAWSZE niosącego śmierć i krzywdę, ale twórczego, na zasadzie zdrowej konkurencji? Maszyna Trurla z nieśmiertelnej Lemowskiej „Cyberiady”: „chwilami wydawało się, że zamiast redukować, zmniejszać, wyrzucać, usuwać, unicestwiać i odejmować - powiększa i dodaje, ponieważ zlikwidowała po kolei NIEsmak, NIEpospolitość, NIEwiarę, NIEdosyt, NIEnasycenie i NIEmoc (…)”. Ktoś powiedział, że tylko ten, kto mówi ”Nie!”, jest wolny. Melville bodajże, ale pewien nie jestem.

Więc ja jestem wolnym Wolniakiem, wolno mi (takie prywatne, aliteracyjne wu-wu-wu). Dopóki dowolna władza mnie znowu nie przymknie za szerzenie niezdrowych miazmatów, gdyż: „Rześko mi, dziarsko, wesoło się trzymać!” (znowu Lem) wydaje się obowiązywać jako hasło na dziś, od lat paru, albo parunastu.

I niech sobie doktryna taka obowiązuje; sikam na to moczem moim złocistym jak radzieckie pierścionki. Pewnie do niej jeszcze nieraz nawiążę.

Z gatunku wieści osobistych i ploteczek:
Kalasanty, ogarnąwszy chałupę, i skonstatowawszy, że płynność finansowa powróciła bezboleśnie – wychodzi na to, że chyba na moje usługi jest nadal popyt, czyli klienci sądzą, że jestem dobry (i tak trzymać, kochani!) – doszedł do wniosku, że trzeba dać komuś zarobić.

Co prawda nie boję się ani pralki, ani żelazka, ani mopa/ściery/gąbki/szczotki oraz różnych innych wynalazków porządkowych, których tzw. prawdziwi macho boją się podobno jak pobierania krwi albo wizyty u dentysty (ja chyba jebnięty jakiś jestem, bo żadne z powyższych mnie specjalnie nie onieśmiela), acz stwierdziłem, że obrabianie megów zajmuje mi ładnych parę godzin dziennie, piwa trzeba się iść napić i na niebo się pogapić – wobec czego prace porządkowe zaczynają zalegać odłogiem, a nawet ugorem płaskim a smrodliwym leżeć. Intelektualista pracuje, psy srają pod oknami, ktoś młotem pneumatycznym napierdala, i trzeba wyjść się wyrelaksić, a nie na szmacie jechać. A stawki za megi pozwalają mi na wynajęcie gosposi tak zwanej, na zasadzie: moje 2 godziny pracy, jej miesięczne wynagrodzenie. Uczciwe, o ile gosposia się zgodzi.

Zgodziła się.

Zgodziła się sąsiadka z bloku, która blisko znała moją śp. mamę, i objaśniła mi do czego służą poszczególne klucze (odkryłem, że mam piwnicę! Zajętą głównie przez pająki, 2 metry kwadratowe wszystkiego, ale niech będzie), i do kogo dzwonić, gdy zjebie się winda, ogrzewanie, albo którą szafkę otworzyć na klatce, gdy korki wywalą. Pani sąsiadka ma na imię Ania (oczywiście, że imię nieprawdziwe na potrzeby bloga, a co. No dobra – Petronela się więc naprawdę zwie; postanowiłem, że będę ją zwał Pecią).

I pani Ania-Pecia od tygodnia odkurza mój metraż, prasuje moje ineksprymable i pucuje okna. I żąda za to 50% stawki normalnie obowiązującej na popularnych portalach ogłoszeniowych. I przynosi mi ciasta (!); tzn. przyniosła raz sernik, który sama upiekła, a przyszła dwa razy – czyli w 50% dała mi bonus gastronomiczny, i bierze dwa razy mniej za pracę. W wieku jest mniej więcej moim, ergo niestara, wygląd do przyjęcia… Hm.

To „hm” może następną razą opiszę w większej obfitości, bo może mam zwidy, że pani Pecia nerwowo się chichra na mój widok, trzepocze rzęsami, i rumieni się na jagodach. Może to mój jakiś zboczony chichr i trzepot, i projekcja pani Peci pożądań, gdyż może prozaicznie i po prostu pożądać 50% stawki godzinowej.

A poza tym… ceterum censeo… że brak przycisku „nie lubię” na fejsie jest zaprzeczeniem wolności do lubienia „Nie”. Choć Cukierberg, jako właściciel, ma święte prawo/wolność do takiej formy wolności ograniczania.

Do przemyślenia Czytelnikom powyższe pozostawiam.

2 komentarzy:

Anonimowy pisze...

przeczytane.. a oczy mnie już pieką.. czekam na kolejny wpis. Pozdrawiam
K.o

Unknown pisze...

Witaj, Anonimie płci nieznanej :)

Thx za koment; płodzę kolejny epizod, który jakoś jutro powinienem wrzucić. Komentów spragniony jestem jak kania dżdżu, bo czytelnictwo jakie jest, takie jest (na dziś od początku 1000 + odwiedzin), ale cholera wie, co czytający sądzą. Zapraszam do refleksji/polemik itp.

Pozdro, K.W.

Prześlij komentarz