Tja,
wolniakizm…
We
łbie mię się w sumie ostatnio strasznie popierdoliło. Jakieś filozofie, czym
jest wolność, i dlaczego nie może być absolutna; i dlaczego w zamknięciu bywa
większa (np. jarasz pod celą bez obciachu, gdy celę dla palących wybierzesz, a
knajp wyłącznie dla palących już nie ma), a na wolności mniejsza (odwróć
poprzednią sytuację), i dlaczego nie wolno mi walnąć sąsiadowi klocka na
wycieraczkę, a jego pies wali mi swobodnie klocka pod oknem („Dzień świra” się
kłania)? Ja mam mniejsze prawa od psa?... Dlaczego popierdoleńcowi Breivikovi
„wolno” było strzelać do młodziaków, a młodziakom NIE WOLNO było posiadać
broni? Dlaczego Bryan Adams broni Cipko-Zbuntowane na Twitterze, bełkocząc, że
one tylko „chciały wyrazić swoją opinię”, a nie można powiedzieć że się kocha
Hitlera, owieczki i dziesięciolatów płci obojga? To, kurwa, nie jest opinia?...
Światopogląd, zapatrywanie, preferencja, jak zwał tak zwał?...
Albo,
że czarni śmierdzą (fakt, zapach potu Afrykanina jest przeważnie trudny dla
białego do zniesienia; może działa to w dwie strony, nie wiem), kobiety słabo
się spisują w grach intelektualnych typu brydż czy szachy – wystarczy poczytać
rankingi; za to czarni są genialni w sportach wytrzymałościowo-szybkościowych
typu koszykówka, czy biegi, a kobiety świetnie spisują się przy pracach
wymagających precyzji, uporządkowania, czy koncentracji, np. w laboratoriach.
To, statystycznie rzecz biorąc, są fakty. Acz dziwi mnie, że tylko jedna połowa
tych faktów jest dopuszczana i mile widziana w obiegu oficjalnym, bo druga jest
be. Wolno powiedzieć, że coś jest git, ale że przeciwieństwo tego czegoś nie
jest git (logiczne wszak do bólu), to bardzo NIE GIT. Taka pół-wolność
wypowiedzi, reglamentowana nieledwie.
Nie
wiem – może to wina tzw. „reso” (…cjalizacji, znaczy). Która jest śmieszna w
założeniu, a zwłaszcza i szczególnie w praktyce. Albo mamy ostry reżim – taki
jak na Monte, choć w sumie poza ciasnotą i jednorazową przygodą z pluskwami nie
mam się na co uskarżać, gdyż jedno, czy dwa mordobicia nawet wzmianki są
niewarte; w podstawówce się częściej napierdalałem; gęba nie szklanka, zęby nie
kieliszki, jak mówią. Albo mamy hotel dwu (i pół) gwiazdkowy, dla mordercy
przez 21 lat, proszę bardzo. Jak morderca się uprze – to wyjdzie po 10 latach,
kornie odgrywając nawróconą owieczkę, po czym powtórzy spektakl, tylko na
większą skalę, gotów jestem się założyć. Albo stwierdzi, że ma wyjebane, bo mu
państwo (czyli podatnik) funduje, będzie pisał książki, zarabiał dziesiątki
tysięcy koron, czy dolców, i pisał listy, by inni nieśli jego manifest w świat,
i pisał petycje, żeby go tam zostawili, bo nadal ma sny ociekające krwią, i
spektakl na pewno powtórzy, tylko na większą skalę. I kto tu kogo za łeb
chwycił, tak naprawdę?...
A
może by tak… sprywatyzować pierdle?... Ja wiem, że to brzmi groteskowo z punktu
widzenia takiego gościa jak ja – ale ja widziałem osobników, którzy olewali
system koncertowo, wysysając z niego ile się dało, a Breivik jest tego
ukoronowaniem, patrz wyżej. Chuj z tym, za co, i dlaczego mnie przymknęli i
wypuścili, koszta własne (szczegółowe info dostępne na blogu, tym i poprzednim).
Przełknięte, przetrawione i wysrane. Ale uważam, że więźniowie powinni
pracować. Na swoje utrzymanie. I np. odśnieżać/zamiatać drogi, co normalnie kosztuje
grube setki tysięcy z naszych kieszeni, choć chudsze tysiące przecież łacno mogłyby
być. Z mojej też; z kieszeni podatnika. Bo strasznie mnie się perspektywa
zmieniła, odkąd się podatnikiem na powrót, i w pewnym sensie niestety, stałem.
A i nie miałbym nic przeciwko temu, by jako „zetka” zaiwaniać piórem po
miejskich i podmiejskich pawimentach, niechby za te 2 złote brutto za godzinę –
a klawisze i tak mają płatne za dniówkę, co im tam. Dobra – paliwo, ale i tak
się powinno opłacać. Zresztą – co ja tam wiem?...
Żeby
zmienić temat i przestać truć:
Zaprzyjaźniam
się powoli z otoczeniem mojego miejsca rezydencji. No, z tą przyjaźnią to może
deczko przegiąłem, ale takie miękkie wtapianie się postępuje coraz sprawniej.
Nikt z sąsiadów nie chowa na mój widok dziecka pod spódnicę (chowanie pod
spodnie to byłby czad, swoją drogą), szepcząc: „Nie patrz na pana, on był w
więzieniu!” (pewnie, mógłbym jeszcze bachora zarazić kratofluenzą, albo czymś
gorszym), gdyż nie wiedzą – i w sumie dobrze. Nie pamiętam, czy o tym wspominałem,
ale człek wypuszczony „na wolkę” bywa karany PO RAZ DRUGI. Ostracyzmem.
Niemożnością podjęcia pracy, no bo jak to, panie, będę degenerata zatrudniał,
jeszcze mi życie, majątek i cnota małżonki miłe, tfu, kysz i apage! No więc nie wiedzą, kropka i szlus, i nie ma
tematu. Z czego taki eks-bandzior ma się utrzymać, to ich nie interesuje.
Pewnie ma zacząć na powrót kraść, potem za kratki na abarot, zaś ja, podatnik,
go utrzymam. Pięknie, aż chuj mięknie.
Tak
czy siak: jedną z form zaprzyjaźniania/miękkiego wtapiania się są moje wizyty w
lokalnym sklepiku, gdzie rano kupuję waciki, w południe serek topiony, zaś pod
wieczór tanie wina i gumy miętowe (do żucia), by się z rana nie zabić własnym oddechem
po tanich winach spożytych wieczora poprzedniego. Pracują tam same niewiasty, a
i szef też jest szefową, czyli kobietą również jak najbardziej. Sam przybytek
to wolnostojąca buda w formie baraku, która to forma architektoniczna nie jest
wcale tak rzadka na polskich blokowiskach. W stosunku do niewiast sklepowych
wypróbowałem kilka technik, począwszy od rozanielenia facjaty („everybody’s
friend”; to świeżo po wyjściu, gdy nawet fundamenty baraku się do mnie
uśmiechały), a na spojrzeniu wołowym, z jednym okiem H. Bogarta, a drugim B. Lindy
skończywszy. Żadna technika nie zadziałała, ergo żadnej ze sklepowych nie
przeleciałem… Acz trzeba oddać sprawiedliwość, że niekoniecznie chciałbym.
Sklepowych
niewiast jest cztery. Ania o marchewkowych włosach, lat 20 z lekkim plusikiem;
ujdzie. Zmiennokolorystyczna (na głowie) Basia, 30+, o postawie zdecydowanie
niezdecydowanej. I nie wiem na co niezdecydowaną jest, acz cycek spod bluzki
przejawia foremny. Drugi zresztą cycek też; i jeszcze majtki z uzdą nosi, które
się jej spod spodni wydostają, gdy towar na dolnych półkach układa, a czy o tym
wie, to nie wiem. Joasia, z twarzy niepodobna zupełnie do nikogo, i w ciąży
średniozaawansowanej. I wreszcie Gruba Kaśka… Ania, Basia, Asia, Kasia. Tronf,
tronf, Ola, Misia, Cela… Cela?!!! Dobra, wyluz ;-)
Gruba
Kaśka mnie zachwyciła. Ulubiłem sobie otóż maślankę konecką (producent OSP
Końskie – tu miejsce na zapłatę za reklamę). I raz tej maślanki nie było. I
drugi, i trzeci. Molestuję więc Grubą Kaśkę:
„Pani,
pani mi sprowadzi maślankę "końską”, albowiem wielce w niej zagustował!”
(cały
czas chodzi mi o maślankę konecką, z miejscowości Końskie. W dawnym Kieleckiem)
„Dobrze,
jutro dzwonię do hurtowni, nasz klient nasz per-pan!”
Mijają
2-3 dni. Końskiej maślanki w sklepowej lodówce ni chujenki. Trafiam Kaśkę na
zmianie:
„Co
tam z moją maślanką?”
„No,
panie, dzwoniłam – ale przysięgali mi się, że maślanki od konia to nigdy na
stanie nie mieli!...”
O
kurwa.
O
tempora. O mores. O facepalm. Perkele, jak mawiają małomówni Finowie w stanie
najwyższego wzburzenia.
Odkręciłem
żart – ale ile dyplomacji mnie to kosztowało!... Gruba Kaśka się na szczęście
nie obraziła (dyplomacja polega np. na tym, że gdy komuś powiesz „spierdalaj!”,
to poczuje podniecenie na myśl o zbliżającej się podróży), i biały strumień
maślanki zmieszanej z kefirem leczy me zniszczone tanimi winami wątpia w te
poranki, w które go potrzebuję…
Cholera,
chyba się na wódkę przerzucę. Tanie wino kosztuje trzy dychy, a gorzałka
dwadzieścia coś, i lepiej poniewiera. Ja chyba jednak za bardzo straciłem
kontakt z rzeczywistością…

4 komentarzy:
Nie wierzę , abyś się poddał. Twoje rozważania pozwalają mi na takie spojrzenie...ciężkie
Nutko, rozwiń. Czytałem Twoje komentarze na Pasiaku, acz ten jest... ciężki.
Ja się nie poddaję, nigdy. Nawet jak mi utną głowę, to jeszcze kata po łydkach pokąsam ;)
Napisz, co miałaś na myśli - bo serio nie ogarniam.
Kalasanty, jestem z innego wymiaru, z innej przestrzeni, a co za tym idzie moje wyjaśnienia nic nie rozjaśnią, wręcz przeciwnie ... zaciemnią.
Doczekasz się wpisów, może nie takich jak oczekujesz, ale będzie ich dużo ... ogarniesz.
Pokąsasz ? ;)
Pozdrawiam
Nie pokąsam, rozwinięcie kupuję, Nutko. Nieustająco miłej lektury życzę :)
Prześlij komentarz