UWAGA - AKTUALIZACJA!

Mili moi, choć wciąż nieliczni Czytelnicy ;)

Formuła "bloggera" okazała się jednak być mniej przyjazną niż stary, dobry wordpress.

Wobec powyższego przenoszę się jeszcze raz, mam na dzieję ostatni, na:

http://kalasantywolniak.wordpress.com/

Są tam wszystkie wpisy Wolniaka i Wasze wcześniejsze, zachowane komentarze.

Sorry za kłopot; myślę, że jeden klik myszki nie będzie wielkim problemem.

Miłej lektury :)

Kalasanty Wolniak

Dmuchacz liści



Zwerbowałem wreszcie nową gosposię.

A ściślej, wygrzebałem ją w Sieci. Gosposia wirtualna raz, proszę bardzo – po czym okazuje się osobą krwistą i kościstą jak najbardziej; kocham XXI stulecie. Acz nie pod wszystkimi względami, naturalnie.

Gosposia ma na imię Maria (oczywiście na potrzeby bloga, gdyż faktycznie nazywa się Hermenegilda), lat 50 z legutkim haczykiem, o twarzy przypominającej uśmiechniętego radośnie kartofelka w masełku. Czyli kojarzy się i radośnie, i smakowicie. Stawka bez bandytyzmu, przełknąłem, i wskazałem zakres obowiązków.

Po pierwszej wizycie okazało się, że pani Maria o dziwo nie próbuje układać mi książek w kredensie, czy przenosić naczyń do szuflad biurka – znaczy, kompetentna, dbała i nie roztargniona, co się chwali. Po prasowaniu składa ciuchy w bardzo foremną kosteczkę, akurat pasowną do mojej szafki, itepe, itede, czyli prawie ideał.

„Prawie” czyni jednakowóż różnicę – skąd ci goście z Żywca wygrzebali tych copywriterów, z Izraela?...

Otóż pani Maria GADA.

„Dzień dobry, panie Kalasanty, niech będzie pochwa Lony, ale pan ma fajną koszulę!... Już, już się rozbieram…”

WTF? Aha, idzie do łazienki założyć roboczy ancug. Uff. I kto to ta Lona?

„To jak panu minął tydzień? Ja byłam u sąsiadki dzieci dopilnować, wie pan, u tej Wójcikowej spod czwórki…”

Jasne, wiem. Któż nie zna Wójcikowej spod czwórki?

„No i strasznie te bachory rozwydrzone, ja nie wiem, na co ten świat schodzi…”

Na psy, a na co niby?

„A powiem panu, że mój stary to nic, tylko by z kumplami w knajpie przesiadywał, odkąd na rentę przeszedł, a na mnie to nawet nie spojrzy!...” I pani Maria wdycha, że aż pierś jej się wydyma, jak nie przymierzając bombramsztaksel na „Darze Młodzieży” na ten przykład. Tja, chyba czuję, o jakie „spoglądanie” chodzi…

W sumie spoglądanie na uśmiechniętego kartofelka w masełku to nic złego, zwłaszcza, gdy sobie wyobrazić, jak ten kartofelek mógłby wyglądać podczas zapasów w pościeli. Ale – czy podczas tych zapasów ona przypadkiem TEŻ nie gada?...

Podobno ostatnio przeprowadzono jakąś ankietę, pytając facetów, jakie mają odczucia podczas seksu oralnego w formie fellatio, nie cunningulus (w Wiki, kurwa, sprawdzić, jak ktoś nie ogarnia). I podobno 5% facetów opowiedziało, że to „boskie, nieporównywalne z niczym innym uczucie”; kolejne 5%, że „poczucie grzechu, ale przyjemność taka, że grzechu warta”, zaś u pozostałych 90% pierwszą myślą było: „Ja pierdolę, jaka cisza w domu!...”

No nic. Marysia sympatyczna, robotna i niedroga, ale moje mroczne, zamknięte w sobie i milczące ego zdecydowało, że na czas konserwacji powierzchni płaskich w mojej rezydencji będę wychodził. Przecież nie zaknebluję zacnej skądinąd kobieciny, choćby dlatego, że już sobie wyobrażam, ile miałaby jeszcze do powiedzenia, zanim ten knebel wreszcie udałoby się mi jej wcisnąć.

Ponieważ godziny pracy Marysi nie pokrywają się z godzinami otwarcia pubu „Patologia”, miałem z początku pewien dylemat. Co, na spacer mam pójść, czy co? Acz los zesłał mi niespodziewaną opcję.

Opcją okazał się hotel położony w mojej dzielni, którego wcześniej nie miałem okazji zwiedzić, bo niby i po co, skoro własne łoże posiadam, i cudzołóstwo mi niepotrzebne. I mój niezrównany intelekt podpowiedział mi, że skoro jest hotel, to i bar w hotelu być musi, nawet sam Arystoteles by nie zaprzeczył. Bar był (i jest do dziś), i ma tę cudowną zaletę, że można sobie w nim bez żenady zajarać! Gdyż jest pomieszczeniem osobnym, z oddzielnym wejściem i wentylacją, co spełnia ograniczenia wynikające z ustawy antynikotynowej, a strefą dla niepalących jest restauracja. Nooo, taki wypas to mi leży, nie powiem. Postanowiłem, że będę zdradzał „Patologię”, gdzie jarać można tylko w ogródku, a jesień idzie, i nie ma na to rady, jak śpiewali Małgosia Z. i Olek G.

W hotelu podają też dobrą michę, w cenach znośnych, a nawet nieproporcjonalnie niskich w stosunku do jakości, co też nie martwi. W hallu, zwanym obecnie modniej „lobby” (zamienił stryjek siekierkę na kijek) jest gazetnik, z którego bez żenady czerpię, i z którego zaczerpnąłem ostatnio „Przekrój” zjechany w poprzednim moim poście. No to co było zrobić – sięgam ponownie po „Przekrój”, może znów coś śmiesznego wysmażyli?

Wysmażyli, a jakże; ostrzegałem, że pamfletów pisanie może mi się spodobać. Otóż jeden z dyżurnych złotoustych napisał felieton pt.: „Kwiatek albo wpierdol”. Poszło o kampanię reklamową paszteciarskiej firmy „Profi”. Złotousty powybrzydzał najpierw, że w logo jest uśmiechnięty kogut, a on mięso co prawda żre, ale zamyka świadomość w kwestii tego, że spożywa zwłoki, i to przypomnienie, że te zwłoki kiedyś żyły, jakoś go uwiera w sumienie. Chyba ten uśmiech mu jakoś nie pasił; wysnułem więc wniosek, że dla niego kogutek powinien mieć wbity toporek rzeźnicki w szyję, w oczach obłęd i srać pod siebie. Albo logo powinno mieć postać dziadzia z wąsami i w okularach, jak to sprytnie wymyśliła jedna żyjąca ze sprzedaży jadalnych kurzych zwłok korporacja – nie wiem. Ale potem złotousty przechodzi do clou. Otóż firma „Profi” (podam numer konta, skontaktujcie się, chłopaki) prowadzi kampanię, gdzie centralnym punktem jest twarz kobiety, z boku wysuwa się ręka z kwiatkiem, a hasło brzmi „bo zupa była prawdziwa”. Nawiązanie do niegdysiejszej kampanii społecznej oczywiste, ale złotoustemu się kojarzy z tym, że… jak kobieta ugotuje chujową zupę, to jest bijana, a jak dobrą, to kwiatkiem obdarzana.

No to mi skrzydła opadły jak płetwy na takie dictum. To co ty masz, chłopie, za pasztetówkę we łbie?...

Oczywista, że niektóre hasła/slogany reklamowe nawiązują do znanych wcześniej motywów; „Ociec, prać?” – Sienkiewicz/Pollena 2000. To z czym kojarzyłoby się to przekrojowemu felietoniście? Najpierw samcza kultura z kultem maczo (Kiemlicze), a teraz kobieta ma zapierdalać z proszkiem, no nie? Tfu, seksizm i obraza marksizmu.

A przecież można optymistyczniej i pozytywniej. Poprzednia kampania piętnowała jak najsłuszniej przemoc domową, czyli gud dżob, a obecna promuje wręczanie kwiatków kobietom. Panie „przekrojowy” – a jak często pan wręczasz kwiatka swojej kobiecie? Czy swojemu facetowi, żeby nie dyskryminować? A może kwiatek to taka sama „obraza”, jak puszczanie kobiety przodem w drzwiach, czy powiedzenie autentycznie miłego komplementu?

Lewactwo jak nic nie ma większych zmartwień. Musi się zajmować różnymi niepokojącymi zjawiskami, typu topnienie pokrywy lodowej w Arktyce, ale już tego, że w żadnym ze światowych portów poziom wody nie podniósł się bodaj O CENTYMETR, do wiadomości przyjmować nie chcą. Dobra, pal sześć, co się będę żołądkował…

Człowiek-urbanistyczny robot pracuje, siedzi przed tym kompem, przegląda newsy i się wkurwia. A można przecież inaczej. Można zaszyć się gdzieś w jakiejś górskiej chatynce, rąbać drwa, oscypki wygniatać i turystki wyrywać na kolekcję juhaskich dzwoneczków. Wolniej i zdrowiej. Ale póki mieszka się w mieście…

To chyba jest sposób. Widziałem gościa, który wyglądał na szczęśliwego. Łaził po naszych krakowskich Plantach, na plecach miał maszynę spalinową, a w ręce rurę, taką ok. 1.5 m długości, średnicy gdzieś 10-15 cm. I na plecach mu warczało, rura dmuchała, co powodowało że liście z alejek karnie przemieszczały się z powrotem na trawnik, gdzie ich miejsce, a w oczach miał błogość, gdyż równocześnie zarabiał. I wyglądał na absolwenta filozofii, który wreszcie ma czas na przemyślenia bez martwienia się o chlebuś z masełkiem i emeryturę. Postanowiłem poświęcić mu skromny dwuwiersz:

Chodzi chłop i dmucha. Dmucha chłop i chodzi:
„Dmucham se w Krakowie, mógłbym dmuchać w Łodzi.”*

*Pamięci Jana Kaczmarka. Ci, którzy mają zrozumieć, zrozumieją.

Po raz pierwszy piszę pamflet. I może mi się to spodobać.



Uch. Ech. Uff… Ależ miałem tydzień…

Pracowity, znaczy. Agencje ABC i XYZ zasypały mnie zleceniami naprzemiennymi, i nawet wódki się nie było kiedy napić – co oznacza mucho dinero, i wcale mnie to nie martwi. Zaczynam przemyśliwać nawet o nawiązaniu delikatnej nici porozumienia z komornikiem (gdyż różne liczniki za kratą biją, i nie ma przeproś – płacić trzeba), a mam na razie w ręce ten atut, że komornik nie zna mojego miejsca pobytu, gdyż jeszcze się przezornie nie zameldowałem. Acz do członka spółdzielni aspiruję, z wyrachowania niespiesznie, oczywista płacąc rachunki regularnie i uczciwą walutą; już nie będę podrabiał banknotów – nawet jeśli z takich zarzutów mnie uniewinniono.

Naszło mię, by napisać mianowicie PAMFLET. Skojarzeniowo jakoś ten wyraz mieści mi się między sufletem, omletem a pantoflem, a więc przeważnie gastronomicznie, ale podobno jest to rozprawka krytyczna, czasem mylona z paszkwilem. Owszem, zamierzam podrwić krytycznie jako wolny Wolniak, gdyż w końcu profil mojego bloga zakłada mocne oka przymrużenie, a nawet o satyrę zahaczanie; wariatowi wszystko w końcu wolno, o jazdach niekontrolowanych uprzedzałem. Zapoznałeś się, czytelniku, z ulotką – a jak nie, to tym gorzej dla Ciebie.

Tak ogólnie de publicis zamiaruję podywagować, natchniony lekturą publikacji papierowych i elektronicznych. Na ten przykład elektroniczne media piszą otóż, że skazany, który zgubił dowód NIE MOŻE PÓJŚĆ DO WIĘZIENIA!!! Serio:


Jakby co, wykopcie Pasiaka i Wolniaka tamże, dzięki :)

O matko, gdybym był wiedział… Od dziś zostawiam dowód i paszport w domu, a z kartą się wytłumaczę, że ukradłem, i niech mnie Kalasanty Wolniak ściga z oskarżenia prywatnego, chłe, chłe.

Dobra, pamflet czas zacząć. Wpadło mi w łapy czerwone jak stalingradzka łuna czasopismo „Przekrój”. Na komuchów uczulenie mam od zawsze, jak każdy normalny obywatel, który łyknął PRL-u, a nie był beneficjentem tegoż. Moim skromnym oglądem lewicowcy dzielą się na: 1. naiwniaków, którzy wierzą w te bzdury; 2. szuje, które doskonale wiedzą, że to nie działa, ale zbijają kapitał na odwiecznym ludzkim pędzie do „jak zrobić, by się nie narobić, a zarobić”.

„Przekrój” to pismo, nie powiem, z tradycjami; kiedyś za komuny było takim małym okienkiem na świat, nawet korespondenta z Hollywood miało, szpas jak skurwysyn. Nazwa narodziła się dwojako, o ile wiem: raz, że chodziło o taki „przegląd” najciekawszych wydarzeń tygodnia, a dwa, że kartki magazynu trzeba było przecinać od góry nożem do papieru. Pamiętam taki drewniany nóż u mojej babci, nabyty bodaj w Cepelii (niewiedzący co to Cepelia zapraszam do Wiki). Przecinanie to miało zapewnić albo jakąś rozkosz będącą namiastką zabawy z bąbel-folią, albo obniżyć koszty, gdyż maszyna-przecinarka była za droga. Swoją drogą, jeśli chodziło faktycznie o kosztów obniżenie, to pomysł to stricte kapitalistyczny, za który by pewnie kogoś obwiesili, gdyby pomysłodawca był znany. Do dziś poniewierają się zresztą po życiu neo-luddyści, czyli osobnicy twierdzący, że robotyzacja zlikwiduje wszystkie miejsca pracy, a już na pewno ich większość. Tja, ciekawe, komu ci paskudni kapitaliści opchną te miliardy wyprodukowanych przez roboty artykułów, gdy 99% ludzi przez te same roboty nie będzie miało roboty?... Zostawiam do przemyślenia psychiatrom i co światlejszym ekonomistom.

A skoro już jesteśmy przy ekonomistach – w ostatnim numerze „Przekroju” produkuje się profesor ekonomii. Ekonomia to nauka aspirująca do miana ścisłej, choć element wróżbiarstwa, zwanego uczeniej prognozowaniem, skutecznie jej broni dostępu do kręgu tychże nauk. Wobec czego naukowcy-ekonomiści mogą snuć wizje dowolnie upajające, a maluczcy muszą słuchać, i przytakiwać, gdyż gówno wiedzą, a jak już profesor jakiś mówi, to w ogóle milcz, jak do mnie mówisz.

Ja co prawda milczę – ale napisać mogę. Opisać refleksje na temat myśli pana profesora, gdyż wariatowi wolno, blog ma charakter polemiczny i/lub satyryczny, a za „Przekrój” zapłaciłem, gdyż trzeba wiedzieć, co kombinują różne knuje po drugiej stronie barykady. Pan profesor pisze mniej więcej tak: „Obniżenie płac wymusza spadek cen, co zwiększa realną wartość długów”. WTF?!!! Z pierwszą częścią zgoda – ale to chyba dobrze, czyż nie? Czyli robotnik „wykorzystywany” w jednej fabryce, dajmy na to gaci, będzie mógł tanio kupić, dajmy na to kamasze, gdyż jego współbrat w niedoli jest również wykorzystywany przez kamaszy tego producenta, i vice versa. Ale co z tymi długami? Hm, i tu jest krzyż utknięty. Za cholerę nie widzę związku. To znaczy dostrzec mogę – że jak deflacja, to niby zobowiązania większe, gdyż cena ze 100 spada na 50, wynagrodzenie z 1000 na 500, a dług jak był 200, to zostaje 200. A w następnym zdaniu pan profesor pisze, że to inflacja długu (!). Deflacja napędza inflację. I nigdzie nie jest powiedziane, że ktokolwiek do zaciągnięcia długu został zmuszony pistoletem przystawionym do głowy.

Dobra, muszę pierdolnąć pięćdziesiątkę, bo nie rozkminię. Sorry, jednak setkę.

Dalej pisze nasz uczony, że podatki MUSZĄ być progresywne. Czyli – im więcej zarabiam, tym więcej płacę. Aha. To NA CHUJ mi więcej zarabiać? I chwileczkę – czy ja te wolne od podatku pieniądze będę pożerał, albo na nich spał? Nie – ja je zainwestuję, więc stworzę miejsca pracy, albo np. przepiję i wydam na nieopodatkowane dziwki, czyli skonsumuję i pośrednio miejsca pracy stworzę lub utrzymam istniejące. A kolejna księżycowa teza naukowca z Londynu (czyli oderwanego mocno od naszej rzeczywistości) to „wysoka efektywność podatków od majątku”. No, po chuju fest. Powiedzcie to ewentualnym, polskim płatnikom podatku katastralnego, oby jego pomysłodawca w piździe na żyletki trafił. Powiedzcie to biedakom, którzy mają swoją odziedziczoną ziemię, ale ledwo z niej wyżywają. Że grunt wart milion zet-eł opodatkowany zostanie 1% wartości rocznie, czyli 10.000, które taki biedak musi wypracować – a nie da rady, bo stareńki i schorowany. Albo samotnemu emerytowi, który ma mieszkanko warte 300.000, bo się go dorobił/wygrał w totka, a jemu nie starcza na leki. Zawsze podejrzewałem, że „sprawiedliwość społeczna” wyśniona przez czerwonych ma się do sprawiedliwości tak samo, jak krzesło do krzesła elektrycznego.

I pan profesor, gdyby brał udział w tej dyskusji, pewnie zarzuciłby mi, żem klarnet bosy, ciul niemyty i ciemna masa, bo nie znam prawa Hocque’a-Clocque’a o trywialnościach, i zarzuciłby mnie masą danych liczbowych, a nawet się tyłem na mnie wypiął i z pokoju wyszedł, fucząc gniewnie. Nie mam nic do człowieka, nawet poczciwie mu z oczu na zdjęciu patrzy, więc pewnie lewicowiec to z gatunku ideowych – ale niech nie wciska czytelnikowi ciemnot z powagą równą Einsteinom, gdyż gdyby był jakiś przepis na uniwersalny dobrobyt ekonomiczny, to pewnie by go gdzieś już wdrożono. Choć z drugiej strony ktoś powiedział, że „człowiek działa racjonalnie, gdy zawiodą wszystkie inne metody” – niegłupie, pewnie limitu nieracjonalnych rozwiązań ekonomicznych jeszcze nie wyczerpano.

Z kolei naczelny „Przekroju”, p. Kurkiewicz, ma jazdę we wstępniaku taką, jakby coś mocno stężonego zaćpał, i naczytał się Hołuja na dodatek. Pisze, że „A może by tak (…) bardziej indywidualistycznie mniej kolektywnie (…)?” Oho, herezja. „Może by lepiej, więcej, taniej, szybciej”? To z pozycji stachanowskich, czy może ze zgniło-kapitalistycznych? Na szczęście na koniec pisze, że może jednak nie. Znaczy, substancja się ulotniła, autor doszedł do siebie. Ale żeby to tak publicznie? Może by jednak dyskretniej?...

Pal sześć. Żeby nie było, ze „Przekrój” to same miazmaty, odwołam się do artykułu „branżowego”, mianowicie o opiece zdrowotnej w pierdlach. Że w chuja strasznie walą, że chorych gnębią, bo to wyrzutki etc. I tu słuszność przyznam – o tyle, że jako pacjenta traktują więźnia nader często jak szmatę. Ba, aresztanta, który z założenia jest NIEWINNY. Pierdel nie ma być luksusową instytucją wypoczynkową, o czym pisałem wcześniej, ale skoro zapewniają opiekę, to niech się, do kurwy nędzy, wywiązują! Gdyż patologie tamtejsze są niezłym odzwierciedleniem naszego systemu „sprawiedliwości” – większość udaje, że coś robi, cała machina kolebie się, trzeszczy na zakrętach, i co jakiś czas kogoś miażdży kołami, a kierowcę można pocałować w dupę, gdyż jest jeden, i bez niego ten bardak na kółkach runie w przepaść. A jak go zastąpią, to i tak jego następca egzamin na prawo jazdy zdawał w tym samym ośrodku, co poprzednik.

Co pozostawiam Wam niniejszym do przemyślenia.

Będę w prasie! Plus coś smacznego na deser.



Cholera, zaszczyt mnie niezły kopnął. Redaktorstwo CKM, bodaj najpopularniejszego za kratą miesięcznika dla samców, uznało, że moje popiskiwania zza kraty (a obecnie już z drugiej jej strony), szumnie zwane blogiem, okazały się warte pokazania światu. A tak konkretniej, to poproszono mnie, bym upichcił „dekalog świeżaka”, czyli objaśnił w 10 punktach, co ma zrobić ze swoją rozdygotaną osobą człek niespodziewanie (gdyż aresztowania spodziewane są sporą rzadkością) aresztowany, gdy już znajdzie się w AŚ (Areszt Śledczy, czyli pierdel-poczekalnia dla póki-co-niewinnych, którzy mają pecha jak Marcin P., a nie mają tyle szczęścia, co Olga J.).

I co Wolniak, zresocjalizowany, z sumieniem czystym jak dziewczę po kąpieli, ma zrobić?...

Wprowadzić się w nastrój.

POSZŁEM więc do łazienki. Jak już wcześniej tłumaczyłem, formę „poszedłem" stosuje się do dalszych odległości, a „poszłem” gdy jest blisko.

Spojrzałem w lustro.

I zacząłem myśleć mocno hardkorowo, i patrzeć sobie w facjatę, szukając natchnienia. Tak po knajacku, i w ogóle krwiożerczo i przeszłościowo.

I źrenice mię się zwęziły, warga się podniosła jednostronnie jak u Elvisa, z tą różnicą, że spode wargi gulgot się zaczął wydobywać, jak z dobermaniego gardła. Nieźle, kurwa. Jedziemy z tym przewodnikiem. Albo dekalogiem, jak zwal, tak zwał.

  1. Załóżmy, że jesteś, świeżaku, już po „dołku”, czyli tzw. zatrzymaniu na 48 h. Transportują cię więc do AŚ, który od ZK (Zakład Karny) się tym różni, że w AŚ jest bardziej przejebane, choć lokalizacja często ta sama, patrz krakowskie „Monte”. Rejestracja w recepcji, podpisy, zdajesz niedozwolone części majątku ruchomego typu komórka i nóż sprężynowy i kasę, bla-bla, nie ma się co srać. Keep cool.
  2. Idziesz do magazynu, gdzie ci wydają „kadzienki”,...

Ciąg dalszy tekstu w CKM-ie nr 11 lub 12, ergo: kupujcie, ludziska!!! No co – oni mi reklamę bloga zamieszczą, to ja ich też wychwalam. Aha, tak przy okazji dowiedziałem się jeszcze, że jestem na Wikipedii!


No, no, Kalasanty staje się powoli osobą publiczną, może rząd mnie zaprosi na jakiegoś eksperta ds. penitencjarnych, kto wie? Oczywiście w takiej sytuacji odpowiem rządowi, gdzie się mają pocałować.

Uwaga – kącik kulinarny:

Moje prywatne odkrywanie świata na nowo obejmuje wiele aspektów; technologiczny – gdzie odkryłem grę, w której wyrazy twarzy bohaterów zmieniają się zależnie od postępu dialogu (jakaś detektywistyczna przygodówka, nie pamiętam tytułu), społeczny – gdzie zgłębiam różnice między piciem towarzyskim a piciem do lustra, cielesny – gdzie przypominam sobie, że ćwiczenia to nie tylko ping-pong i pompki, ale też rower i rolki, a także czym się różnią chłopcy od dziewczynek, i wreszcie kulinarny.

Co do tego ostatniego – to co prawda w pierdlowej kantynie można było nabyć sporo różnych dóbr, ale pole manewru było w zakresie gotowania ograniczone, skoro jedynym sprzętem był czajnik; trzeba było zapomnieć o stekach i podobnych frykasach. Oczywista nadrobiłem to po wyjściu; pożerałem steki, chińszczyznę, pizze, chłopskie jadło i różne takie et caetery jak szalony w pierwszych dniach, co różne sensacje powodowało, na przykład wtedy, gdy sobie ubzdurałem śledzia z marmoladą, albo miód z boczkiem. Jednym z najlepszych spróbowanych przeze mnie w owych dniach dań była sola w szpinaku; drugie zaszczytne miejsce miała sałatka z grillowanym tuńczykiem, który smakował jak wołowina – pożarłem trzema szczęk kłapnięciami. Ech… to było prawie jak pierwszy seks. Żal dupę ściska, a łzy po nogach ciekną…

Ale przejdźmy do meritum mego odkrycia kulinarnego (uwaga! nielubiący brokułów nie czytać!). Przepis jest prosty jak na „bułkę po polsku” Andrzeja Mleczki: 1. Kupujemy bułkę; 2. Szybko ją wpierdalamy, żeby inni nam nie zabrali, więc nawet najgorsza kuchenna kaciała jest w stanie się z nim uporać.

Brokuły łaziły za mną od dłuższego czasu, aż nabrałem niezdrowego nawyku oglądania się przez lewe ramię. Postanowiłem więc temu położyć kres; jeszcze jakiejś wego-fobii się nabawię. Naturalnie w sklepiku u Kasi-Ani-Basi-Asi świeżych brokułów nie uświadczysz – ale są mrożone. Raz warzywu śmierć, biorę. PACZĘ ci ja na obsługi instrukcję i oczy przecieram: można przyrządzić w mikrofali (!). Chuj, najwyżej wyrzucę, jak będzie niedobre, broccoli chodzą po czy-pińdziesiąt. Otóż: broccoli wsypujemy do żaroodpornego naczynia z pokrywą, dodajemy jedną (!) łyżkę stołową wody, i ustawiamy mikrofalę na 8 minut przy 800 watach. A efekt?...

BOSKIE!!! Idealne, jak świeże brokuły z pary!!! Chrupiące, sprężyste – to mikrofala tak TEŻ ma?!... Eppur si muove, heureka!...

A do tego dosypujemy parmezanu ze startą gorgonzolą, „piasku” (czyli bułeczki tartej na maśle) i posypujemy białym pieprzem. Spożywamy ze świeżą bagietką z masełkiem.

Na koniec zwierzę się Wam w tajemnicy, że właśnie to danie, zaserwowane jako kolacja, zapewniło mi śniadanie z dziewczęciem gotowym na wszystko. Dania tego spieprzyć się nie da, a więc: mikrofale w dłoń, panowie!... Efekty swoich podbojów możecie opisywać w komentarzach do bloga.

Smacznego!

O moim ulubieniu gadżetów, a w tle mrożąca krew w żyłach afera erotyczna…



Mam kartę bankomatową! Qrczę, ma funkcję płatności zbliżeniowej, i mogę np. płacić w McKingu za skromne posiłki bez podawania PIN-u. Nie, żebym jakimś fanem był szybkożarcia, ale czasem konieczność przyciśnie. Podoba mię się taka funkcja, ani słowa. Książkę też tak mogę kupić, co krzywdy też mi bynajmniej nie czyni. Spożycie dania z McKinga generuje, prędzej czy później, acz nieuchronnie wydalniczość, przy czym książka jest towarzyszem raczej pożądanym. Dwa przyłożenia karty, i trzy przyjemności: papu, nasiadówka na tronie i lektura. Opłaca się, świat poszedł do przodu w pożądanym kierunku – co mam sobie krzywdować.

Oblukałem dokładniej komputer po mojej zmarłej mamie. Cóż, z lekka przechodzony grzmocik z 19-calowym monitorem; acz ma legalną Windę i Office, co jest nie do przecenienia. Znaczy ta legalność, bo gdyby mieli mnie znów do pierdla zamknąć za lewy soft, to zrobiłbym pewnie komuś coś strasznego, zważywszy zwłaszcza, że właścicielem oprogramowania jest osoba nieżyjąca, a żyjąca ma za to odpowiadać. Chwytacie subtelność tego konstruktu, mam nadzieję?...

Dobra. Lubię gadżety. Bez miłości, gdyż gadżety jej nie odwzajemniają; nie idźmy w kierunku japońskich, nieco skrzywionych podle europejskich standardów, upodobań. Lubię, i to wybiórczo. Lubię kompy, gdyż poza tym, że dają pracę, mogą dać przyjemność; w postaci gier zwłaszcza. A tu pojawiła się produkcja, na którą ostrzyłem sobie zęby od dłuższego czasu… Wiedźmin mianowicie. Zwany przez fanów pieszczotliwie „Wieśkiem”.

Choć Sapkowskiego fanem jestem niejako od zarania, to nigdy nie zdarzyło mi się Wieśka w formie cyfrowej nabyć; komp mój był w latach 2007-2009 zbyt mulasty, i jakoś tak się po prostu nie złożyło, żeby go rozbudować. W sumie może dobrze, bo sądownictwo nasze skonfiskowało mi grata, a nie coś, co warte było ok. 1000 ojro (w ramach konfiskaty narzędzia przestępstwa – kurzy się teraz staruszek gdzieś tam w czeluściach prokuratorskich magazynów, a może już go przetopili, i przerobili na tramwaj z pantografem, albo przynajmniej na chip obsługujący w takim tramwaju lewy migacz, a może nawet dwa migacze). Nabyłem więc legalnie Wieśka za śmieszne pieniądze, i zacząłem przygodę. Intro z jednej strony powala, acz nijak się ma do grafiki samej gry, zwłaszcza przy dialogach w zbliżeniach, bo w planie ogólnym bardzo znośne; obejrzałem sobie na YT gameplaye z „dwójki”, i dech mi zaparło. Niestety, po-maminy komp nie pociągnie nawet ani jednego marnego piksela – a „jedynkę” obsługuje za to bez szczególnych protestów. Pyszna zabawa z przednimi dialogami i bardzo wciągającą fabułą. CD Project Red uprasza się o niewielkie finansowe wspomożenie ekskryminalisty za reklamę, będę zobowiązany.

Wieści z kręgów towarzyskich: zgłębiam życie PUB-u „Patologia”. Oczywista wymieniam dialogi z bywalcami, z kilkoma jestem na „ty”, jednemu o mało nie przywaliłem w ryj, z drugim wdałem się w dyskusję o życiu, Wszechświecie i całej reszcie; czemu przyglądał się z niezmiennie lisim uśmiechem barman Danko, czyli ogólnie norma knajpiana. Acz wyczaiłem interesującą rzecz…

Jeśli byliście na głębokim południu Europy, typu Sycylia, czy Grecja, i spędziliście w jakiejś mieścinie dajmy na to tydzień (mowa nie o rozwrzeszczanych kurortach, tylko o maleńkich miasteczkach, gdzie na turystę na dzień dobry patrzy się, jakby co najmniej chodził piętami do góry), to pewnie zauważyliście fenomen, który ja określam mianem „dziadka barowego” (gatunek ten występuje w mnogości, a nawet stadnie).

Takie południowoeuropejskie dziadki barowe, odziane w prawie białe, zapięte pod szyją i niewyprasowane koszule, plus czarne zapewne od nieprania marynarki, zjawiają się w lokalnych tawernach gdzieś około ósmej-dziewiątej na odwieczerz, zamawiają flachę rakii, rozkładają domino, albo planszę do warcabów czy tryktraka, i pozdrawiają się w niezmiennym rytuale, zamieniając kilka zdań, które co wieczór brzmią tak samo – toteż po trzecim spotkaniu można z pamięci odtworzyć ten dialog, który brzmi mniej więcej tak (wersja pseudo-grecka):

Dziadek 1: „Kaliksos epifania kallipygos, konstantinopolis tracheotomia sedes kutas.”
Dziadek 2:: Deos, deos kosmateos, kalokleos. Panathinaikos lesbos, Kleofas.”

Co znaczy pewnie coś na kształt: „Stara mnie znowu opierdoliła, że nasikałem na deskę, zołza.” – „Jakby miała prostatę, to by tak nie nadawała, a ci kopacze z Aten to i tak pedały. Rozkładaj planszę i gramy, kurwa, Kleofas.” Bez żadnego „dobry wieczór”, bo i po co.

W związku z czym do niedawna myślałem, że dziadki barowe to specjalność europejsko-południowa. Otóż myliłem się.

Do „Patologii” różne ludzie przychodzą. Ostatnio mię się rzuciła w oczy pewna para, dziadków oczywista. Dziadki, tak na oko w wieku od 10 lat na emeryturze, są czynne zawodowo – nie ma przeproś, trzeba zapierdalać na 1500 ojro emerytury dla Greków, by mogli sobie co dzień fundować flachę rakii. I jeden z dziadków, Stasio, ma w głowie patent. Patent polega na tym, że wymyślił jakiś czujnik, który ma monitorować jakąś czynność czegoś-tam gdzieś. Posłuchałbym z ochotą, ale Stasio się rozkaszlał, a u mnie komóra zaterkotala, i wiem na razie tylko tyle, że Stasio ma ideę. Jego przyjaciel, Jurek, jest z kolei informatykiem – z pokolenia, które pracowało na komputerach „Odra”, które stosowały karty perforowane zamiast dyskietek, i pewnie perforacja następowała przy pomocy gwoździa. Tak czy siak: Stasio ma patent, a Jurek ma mu to zwizualizować komputerowo. I już kilka razy słyszałem dialog typu: „To weź to przynieś!...” – „Ale muszę dokończyć projekt!” – „No to ja cię pierdolę w takim razie!”. Taka lokalna never-ending-story. Barman Danko poinformował mnie, że oni tak już od roku gdzieś się targują, upijają się, i obrażeni wracają w pielesze. Cóż, lokalna specjalność – acz nie spodziewałem się, że południowoeuropejskie wzorce są aż tak uniwersalne.

No dobra – czas na aferę erotyczną.

Otóż zapoznałem niedawno dziewczę. Niebrzydkie, niegłupie, i z gatunku „Gotowe na wszystko”. Po kilku spotkaniach i spożyciu kilku litrów różnych płynów okazało się, że mamy między innymi wspólne zainteresowania kulinarne. I że moja skromna osoba może robić za kulinarnego gura (dopełniacz od „guru”); bo ja wiem – czy ugotowanie parówki przy pomocy dwóch drutów i żyletki to akurat taka sztuka?... No nic. Onegdaj okazało się, że dziewczę jest niedożywione, i pragnie mianowicie spożyć ze mną kolację, którą ja ugotuję (bez żyletek i drutów), i którą spożyjemy, przy czym sugestia śniadania był wliczona w pakiet. Ugotowałem, spożyliśmy i zapiliśmy posiłek, i… romantycznie się zrobiło. Zachciało się nam wspólnie powzdychać do księżyca. No więc powzdychaliśmy doń, a jak księżyc się chował, to wzdychaliśmy, by się na powrót pokazał. I wzdechy nasze poniosło…

Poniosło piętro niżej, gdzie mieszka pani Pecia. I pani Pecia miała na następny dzień przynieść mi moje prasowanie; a po otwarciu drzwi otwiera się widok na salonik. A na widoku fotel. A na fotelu stanik – nie mój, rzecz jasna. A z łazienki dobiega dziewczęcy śpiew, odgłos prysznica oraz pach golenia. Więc pani Pecia, z brwią namarszczoną, chorobliwym rumieńcem na facjacie i naręczem wyprasowanych ciuchów, rzuca mi w twarz: „Panie Kalasanty, muszę zakończyć naszą współpracę!... Pańskie zachowanie jest karygodne!”. Serio piszę, to się NAPRAWDĘ zdarzyło.

Zostałem z opadniętą szczęką i pustką w głowie. Macie pomysł, co z tym zrobić?... Poza tym, że muszę znaleźć nową gosposię?...

Się porobiło… Jednak w pierdlu, bez kobiet, świat był mniej skomplikowany.

Pół-wolność na FB, a pani Pecia czyni podchody



Nie ma klawi… sorry, przycisku „nie lubię” na fejsbuku (przez niektórych zwanych „pejsbukiem”, ale skoro ktoś się nazywa Cukierberg, to powinien przyjąć te konsekwencje na klatę), i to mnie pcha ku dalszym przemyśleniom…

Jak ktoś napisał: „Wojna jest matką wszechrzeczy”. Nietsche za Heraklitem bodajże. Dla przeciętnego odbiorcy wojna jest okropieństwem najgorszym z możliwych, i tu duża zgoda. Acz warto się zagłębić nieco w temat.

CO jest motorem postępu? Takiego codziennego, technologicznego. Skąd mamy komputery/pralki/samochody/lokówki/prysznice/samoloty/dyski wielkości paznokcia, mogące pomieścić 1000 utworów muzycznych?...

Z wojny?... Na pozór bzdura. Aczkolwiek…

Z KONFLIKTU. Konflikt bodaj między Stephensonem a Trevithickiem, gdy chodziło o wykazanie, czy koła na szynach będą się ślizgały, czy nie, doprowadził do wynalazku działającej do dziś bezślizgowo, z niewielkimi modyfikacjami, lokomotywy. Konflikt/spór/konkurencja między Dunlopem a Michelinem dał nam dzisiejsze opony, całkiem chyba jednak nie najgorsze. Benz walczył niekoniecznie z konkurentem bezpośrednim, ile z rzeczywistością, gdy jego wspaniała żona, Berta Benz, de facto wygrała pierwszy, historyczny i jedyny w swoim rodzaju rajd indywidualny Mannheim-Pforzheim, „wozem bez koni”, wywalczywszy to, czego Benz by bez niej nie wywalczył. W KONFLIKCIE ze złośliwością rzeczy martwych i prawami Murphy’ego, gdy jeszcze pradziadek Murphy’ego srywał w becik, a na muchy mówił „tapty”.

Niejaki A, będąc w konflikcie z niejakim B, tworzy koncepcję: „A ja ci otóż pokażę, że można srać pod wiatr, i jeszcze z tego uzyskiwać energię!...” B, w opozycji, twierdzi, że ekskrementa można przekierować, i zasilać uzyskaną energią (dajmy na to) układ rozsiewania wonności w chlewniach farmerskich na tyle skutecznie, że świniaki się zaczną uśmiechać. I może niekoniecznie A stworzy wiekopomne i mega-wydajne odbiorniki metanu, czy B spowoduje taką deformację świńskich ryjów, że wyborcy (dajmy na to) Palikota zaczną odczuwać miłe swędzenie na widok Prosiaczka oraz jego krewnych-i-znajomych, ale…

Ale może wkroczyć na scenę C, który/a stwierdzi: „Po co się gównem zajmować, skoro wystarczy wykorzystać naturalną siłę zwieraczy.” I wymyśli na przykład lądownik lunarny z napędem skurczowym, a tam w próżni zapachy nikomu nie wadzą. Etc., etc., etc….

Strasznie się fekalnie i mocno abstrakcyjnie zrobiło nam jakoś. Proszę o 10 minut cierpliwości, za chwilę wracam. Acz ogólny kierunek rozumowania podtrzymuję.

                                                           --------------------

Ulżyło, wracam, kontynuuję. Bez fekalizmów już.

Mnóstwo wynalazków powstało dzięki technice wojennej. Choćby komórka – ktoś wyobraża sobie życie bez kieszonkowego aparaciku w tej dobie? Owszem, znam paru oryginałów – i szanuję ich wybór – którzy wynalazek ten czniają (minorum gentium), lub kontestują (arystokracja i do niej aspirujący). Acz dolary przeciw orzechom stawiam, że wśród czytających teraz te moje produkcje nie znajdzie się bodaj jedna osoba, która z aparaciku owego zmyślnego nie korzysta; jako, że znani mi oryginałowie „nie-korzystający” olewają również Internet. He-he-he, i tu was mam :->. Poproszę o przesłanie dolarów, orzechy pójdą zwrotnie kurierem :-)

Pierwsze „komórki” dane mi było zobaczyć w telewizyjnych reportażach z „Pustynnej Burzy”, gdzie oficerowie w stopniu od kapitana wzwyż dzierżyli czasem krzepko aparaty o rozmiarach przemysłowej suszarki do włosów, próbując je przyłożyć do ucha – choć to się tak do końca nie dało, gdyż biceps wyrobiony dźwiganiem tego grzmota uniemożliwiał nawet porządne uczesanie się, z powodu niemożności sięgnięcia grzebieniem do skroni. Biceps przeszkadzał, a wystarczająco długich grzebieni nie było w produkcji, ergo do ucha dystans był zbyt długi również dla protoplasty telefonu komórkowego, w związku z czym oficerowie nosili na głowach koafiury w stylu „Pustynny Jeż”. I tak zresztą podejrzewam, że obraz TV był obcięty tak zmyślnie, by ukryć dwóch szeregowych podpierających danego oficera z boku pod biodrem, by się nie wypierdolił pod ciężarem tych 15 kilogramów (z czego 12 ważyła bateria, starczająca na 10 minut rozmowy).

Ergo – komórka powstała dzięki wojnie, gdyż szybkość komunikacji na froncie to podstawa. Jak sobie wyobrażę, co by było w 1939, gdybyśmy mieli komórki, to aż mnie coś w dołku ściska… I wcale nie przedstawiam sobie przed oczami duszy mojej kawalerii z mini-słuchawkami Bluetooth, zawracającej karnie linię bez względu na bitewny zgiełk, tylko po prostu ciężki wpierdol, który dostałyby szkopy, a i pewnie wschodnią nawałę dałoby się powstrzymać. I po dziś zatrzymalibyśmy Lwów i Wilno, a Wrocław, Szczecin i Mazury i tak byłyby nasze. Żal dupę najzupełniej serio ściska – i nazywajcie mnie szowinistą, mam na to wyjebane. Wolny w końcu, kurwa, jestem, tak? TAK. A i pierwszy września mieliśmy niedawno, więc tym bardziej w czas się wkomponowuję.

Wracając do leitmotivu: Czy warto/należy i można zabronić „nie”? Jako słowa i postawy? Postawy nieuchronnie prowadzącej do konfliktu?... Konfliktu bez wątpienia przynoszącego nową wartość, niechby i tworzącego pierdowy napęd na Księżyc?... Konfliktu niekoniecznie ZAWSZE niosącego śmierć i krzywdę, ale twórczego, na zasadzie zdrowej konkurencji? Maszyna Trurla z nieśmiertelnej Lemowskiej „Cyberiady”: „chwilami wydawało się, że zamiast redukować, zmniejszać, wyrzucać, usuwać, unicestwiać i odejmować - powiększa i dodaje, ponieważ zlikwidowała po kolei NIEsmak, NIEpospolitość, NIEwiarę, NIEdosyt, NIEnasycenie i NIEmoc (…)”. Ktoś powiedział, że tylko ten, kto mówi ”Nie!”, jest wolny. Melville bodajże, ale pewien nie jestem.

Więc ja jestem wolnym Wolniakiem, wolno mi (takie prywatne, aliteracyjne wu-wu-wu). Dopóki dowolna władza mnie znowu nie przymknie za szerzenie niezdrowych miazmatów, gdyż: „Rześko mi, dziarsko, wesoło się trzymać!” (znowu Lem) wydaje się obowiązywać jako hasło na dziś, od lat paru, albo parunastu.

I niech sobie doktryna taka obowiązuje; sikam na to moczem moim złocistym jak radzieckie pierścionki. Pewnie do niej jeszcze nieraz nawiążę.

Z gatunku wieści osobistych i ploteczek:
Kalasanty, ogarnąwszy chałupę, i skonstatowawszy, że płynność finansowa powróciła bezboleśnie – wychodzi na to, że chyba na moje usługi jest nadal popyt, czyli klienci sądzą, że jestem dobry (i tak trzymać, kochani!) – doszedł do wniosku, że trzeba dać komuś zarobić.

Co prawda nie boję się ani pralki, ani żelazka, ani mopa/ściery/gąbki/szczotki oraz różnych innych wynalazków porządkowych, których tzw. prawdziwi macho boją się podobno jak pobierania krwi albo wizyty u dentysty (ja chyba jebnięty jakiś jestem, bo żadne z powyższych mnie specjalnie nie onieśmiela), acz stwierdziłem, że obrabianie megów zajmuje mi ładnych parę godzin dziennie, piwa trzeba się iść napić i na niebo się pogapić – wobec czego prace porządkowe zaczynają zalegać odłogiem, a nawet ugorem płaskim a smrodliwym leżeć. Intelektualista pracuje, psy srają pod oknami, ktoś młotem pneumatycznym napierdala, i trzeba wyjść się wyrelaksić, a nie na szmacie jechać. A stawki za megi pozwalają mi na wynajęcie gosposi tak zwanej, na zasadzie: moje 2 godziny pracy, jej miesięczne wynagrodzenie. Uczciwe, o ile gosposia się zgodzi.

Zgodziła się.

Zgodziła się sąsiadka z bloku, która blisko znała moją śp. mamę, i objaśniła mi do czego służą poszczególne klucze (odkryłem, że mam piwnicę! Zajętą głównie przez pająki, 2 metry kwadratowe wszystkiego, ale niech będzie), i do kogo dzwonić, gdy zjebie się winda, ogrzewanie, albo którą szafkę otworzyć na klatce, gdy korki wywalą. Pani sąsiadka ma na imię Ania (oczywiście, że imię nieprawdziwe na potrzeby bloga, a co. No dobra – Petronela się więc naprawdę zwie; postanowiłem, że będę ją zwał Pecią).

I pani Ania-Pecia od tygodnia odkurza mój metraż, prasuje moje ineksprymable i pucuje okna. I żąda za to 50% stawki normalnie obowiązującej na popularnych portalach ogłoszeniowych. I przynosi mi ciasta (!); tzn. przyniosła raz sernik, który sama upiekła, a przyszła dwa razy – czyli w 50% dała mi bonus gastronomiczny, i bierze dwa razy mniej za pracę. W wieku jest mniej więcej moim, ergo niestara, wygląd do przyjęcia… Hm.

To „hm” może następną razą opiszę w większej obfitości, bo może mam zwidy, że pani Pecia nerwowo się chichra na mój widok, trzepocze rzęsami, i rumieni się na jagodach. Może to mój jakiś zboczony chichr i trzepot, i projekcja pani Peci pożądań, gdyż może prozaicznie i po prostu pożądać 50% stawki godzinowej.

A poza tym… ceterum censeo… że brak przycisku „nie lubię” na fejsie jest zaprzeczeniem wolności do lubienia „Nie”. Choć Cukierberg, jako właściciel, ma święte prawo/wolność do takiej formy wolności ograniczania.

Do przemyślenia Czytelnikom powyższe pozostawiam.

Czym jest wolniakizm - Vol. 2


Tja, wolniakizm…

We łbie mię się w sumie ostatnio strasznie popierdoliło. Jakieś filozofie, czym jest wolność, i dlaczego nie może być absolutna; i dlaczego w zamknięciu bywa większa (np. jarasz pod celą bez obciachu, gdy celę dla palących wybierzesz, a knajp wyłącznie dla palących już nie ma), a na wolności mniejsza (odwróć poprzednią sytuację), i dlaczego nie wolno mi walnąć sąsiadowi klocka na wycieraczkę, a jego pies wali mi swobodnie klocka pod oknem („Dzień świra” się kłania)? Ja mam mniejsze prawa od psa?... Dlaczego popierdoleńcowi Breivikovi „wolno” było strzelać do młodziaków, a młodziakom NIE WOLNO było posiadać broni? Dlaczego Bryan Adams broni Cipko-Zbuntowane na Twitterze, bełkocząc, że one tylko „chciały wyrazić swoją opinię”, a nie można powiedzieć że się kocha Hitlera, owieczki i dziesięciolatów płci obojga? To, kurwa, nie jest opinia?... Światopogląd, zapatrywanie, preferencja, jak zwał tak zwał?...

Albo, że czarni śmierdzą (fakt, zapach potu Afrykanina jest przeważnie trudny dla białego do zniesienia; może działa to w dwie strony, nie wiem), kobiety słabo się spisują w grach intelektualnych typu brydż czy szachy – wystarczy poczytać rankingi; za to czarni są genialni w sportach wytrzymałościowo-szybkościowych typu koszykówka, czy biegi, a kobiety świetnie spisują się przy pracach wymagających precyzji, uporządkowania, czy koncentracji, np. w laboratoriach. To, statystycznie rzecz biorąc, są fakty. Acz dziwi mnie, że tylko jedna połowa tych faktów jest dopuszczana i mile widziana w obiegu oficjalnym, bo druga jest be. Wolno powiedzieć, że coś jest git, ale że przeciwieństwo tego czegoś nie jest git (logiczne wszak do bólu), to bardzo NIE GIT. Taka pół-wolność wypowiedzi, reglamentowana nieledwie.

Nie wiem – może to wina tzw. „reso” (…cjalizacji, znaczy). Która jest śmieszna w założeniu, a zwłaszcza i szczególnie w praktyce. Albo mamy ostry reżim – taki jak na Monte, choć w sumie poza ciasnotą i jednorazową przygodą z pluskwami nie mam się na co uskarżać, gdyż jedno, czy dwa mordobicia nawet wzmianki są niewarte; w podstawówce się częściej napierdalałem; gęba nie szklanka, zęby nie kieliszki, jak mówią. Albo mamy hotel dwu (i pół) gwiazdkowy, dla mordercy przez 21 lat, proszę bardzo. Jak morderca się uprze – to wyjdzie po 10 latach, kornie odgrywając nawróconą owieczkę, po czym powtórzy spektakl, tylko na większą skalę, gotów jestem się założyć. Albo stwierdzi, że ma wyjebane, bo mu państwo (czyli podatnik) funduje, będzie pisał książki, zarabiał dziesiątki tysięcy koron, czy dolców, i pisał listy, by inni nieśli jego manifest w świat, i pisał petycje, żeby go tam zostawili, bo nadal ma sny ociekające krwią, i spektakl na pewno powtórzy, tylko na większą skalę. I kto tu kogo za łeb chwycił, tak naprawdę?...

A może by tak… sprywatyzować pierdle?... Ja wiem, że to brzmi groteskowo z punktu widzenia takiego gościa jak ja – ale ja widziałem osobników, którzy olewali system koncertowo, wysysając z niego ile się dało, a Breivik jest tego ukoronowaniem, patrz wyżej. Chuj z tym, za co, i dlaczego mnie przymknęli i wypuścili, koszta własne (szczegółowe info dostępne na blogu, tym i poprzednim). Przełknięte, przetrawione i wysrane. Ale uważam, że więźniowie powinni pracować. Na swoje utrzymanie. I np. odśnieżać/zamiatać drogi, co normalnie kosztuje grube setki tysięcy z naszych kieszeni, choć chudsze tysiące przecież łacno mogłyby być. Z mojej też; z kieszeni podatnika. Bo strasznie mnie się perspektywa zmieniła, odkąd się podatnikiem na powrót, i w pewnym sensie niestety, stałem. A i nie miałbym nic przeciwko temu, by jako „zetka” zaiwaniać piórem po miejskich i podmiejskich pawimentach, niechby za te 2 złote brutto za godzinę – a klawisze i tak mają płatne za dniówkę, co im tam. Dobra – paliwo, ale i tak się powinno opłacać. Zresztą – co ja tam wiem?...

Żeby zmienić temat i przestać truć:

Zaprzyjaźniam się powoli z otoczeniem mojego miejsca rezydencji. No, z tą przyjaźnią to może deczko przegiąłem, ale takie miękkie wtapianie się postępuje coraz sprawniej. Nikt z sąsiadów nie chowa na mój widok dziecka pod spódnicę (chowanie pod spodnie to byłby czad, swoją drogą), szepcząc: „Nie patrz na pana, on był w więzieniu!” (pewnie, mógłbym jeszcze bachora zarazić kratofluenzą, albo czymś gorszym), gdyż nie wiedzą – i w sumie dobrze. Nie pamiętam, czy o tym wspominałem, ale człek wypuszczony „na wolkę” bywa karany PO RAZ DRUGI. Ostracyzmem. Niemożnością podjęcia pracy, no bo jak to, panie, będę degenerata zatrudniał, jeszcze mi życie, majątek i cnota małżonki miłe, tfu, kysz i apage!  No więc nie wiedzą, kropka i szlus, i nie ma tematu. Z czego taki eks-bandzior ma się utrzymać, to ich nie interesuje. Pewnie ma zacząć na powrót kraść, potem za kratki na abarot, zaś ja, podatnik, go utrzymam. Pięknie, aż chuj mięknie.

Tak czy siak: jedną z form zaprzyjaźniania/miękkiego wtapiania się są moje wizyty w lokalnym sklepiku, gdzie rano kupuję waciki, w południe serek topiony, zaś pod wieczór tanie wina i gumy miętowe (do żucia), by się z rana nie zabić własnym oddechem po tanich winach spożytych wieczora poprzedniego. Pracują tam same niewiasty, a i szef też jest szefową, czyli kobietą również jak najbardziej. Sam przybytek to wolnostojąca buda w formie baraku, która to forma architektoniczna nie jest wcale tak rzadka na polskich blokowiskach. W stosunku do niewiast sklepowych wypróbowałem kilka technik, począwszy od rozanielenia facjaty („everybody’s friend”; to świeżo po wyjściu, gdy nawet fundamenty baraku się do mnie uśmiechały), a na spojrzeniu wołowym, z jednym okiem H. Bogarta, a drugim B. Lindy skończywszy. Żadna technika nie zadziałała, ergo żadnej ze sklepowych nie przeleciałem… Acz trzeba oddać sprawiedliwość, że niekoniecznie chciałbym.

Sklepowych niewiast jest cztery. Ania o marchewkowych włosach, lat 20 z lekkim plusikiem; ujdzie. Zmiennokolorystyczna (na głowie) Basia, 30+, o postawie zdecydowanie niezdecydowanej. I nie wiem na co niezdecydowaną jest, acz cycek spod bluzki przejawia foremny. Drugi zresztą cycek też; i jeszcze majtki z uzdą nosi, które się jej spod spodni wydostają, gdy towar na dolnych półkach układa, a czy o tym wie, to nie wiem. Joasia, z twarzy niepodobna zupełnie do nikogo, i w ciąży średniozaawansowanej. I wreszcie Gruba Kaśka… Ania, Basia, Asia, Kasia. Tronf, tronf, Ola, Misia, Cela… Cela?!!! Dobra, wyluz ;-) 

Gruba Kaśka mnie zachwyciła. Ulubiłem sobie otóż maślankę konecką (producent OSP Końskie – tu miejsce na zapłatę za reklamę). I raz tej maślanki nie było. I drugi, i trzeci. Molestuję więc Grubą Kaśkę:

„Pani, pani mi sprowadzi maślankę "końską”, albowiem wielce w niej zagustował!”

(cały czas chodzi mi o maślankę konecką, z miejscowości Końskie. W dawnym Kieleckiem)

„Dobrze, jutro dzwonię do hurtowni, nasz klient nasz per-pan!”

Mijają 2-3 dni. Końskiej maślanki w sklepowej lodówce ni chujenki. Trafiam Kaśkę na zmianie:

„Co tam z moją maślanką?”

„No, panie, dzwoniłam – ale przysięgali mi się, że maślanki od konia to nigdy na stanie nie mieli!...”

O kurwa.

O tempora. O mores. O facepalm. Perkele, jak mawiają małomówni Finowie w stanie najwyższego wzburzenia.

Odkręciłem żart – ale ile dyplomacji mnie to kosztowało!... Gruba Kaśka się na szczęście nie obraziła (dyplomacja polega np. na tym, że gdy komuś powiesz „spierdalaj!”, to poczuje podniecenie na myśl o zbliżającej się podróży), i biały strumień maślanki zmieszanej z kefirem leczy me zniszczone tanimi winami wątpia w te poranki, w które go potrzebuję…

Cholera, chyba się na wódkę przerzucę. Tanie wino kosztuje trzy dychy, a gorzałka dwadzieścia coś, i lepiej poniewiera. Ja chyba jednak za bardzo straciłem kontakt z rzeczywistością…