Mili moi, choć wciąż nieliczni Czytelnicy ;)
Formuła "bloggera" okazała się jednak być mniej przyjazną niż stary, dobry wordpress.
Wobec powyższego przenoszę się jeszcze raz, mam na dzieję ostatni, na:
http://kalasantywolniak.wordpress.com/
Są tam wszystkie wpisy Wolniaka i Wasze wcześniejsze, zachowane komentarze.
Sorry za kłopot; myślę, że jeden klik myszki nie będzie wielkim problemem.
Miłej lektury :)
Kalasanty Wolniak
Dmuchacz liści
Autor:
Unknown
on piątek, 5 października 2012
/
Comments: (0)
Zwerbowałem
wreszcie nową gosposię.
A
ściślej, wygrzebałem ją w Sieci. Gosposia wirtualna raz, proszę bardzo – po
czym okazuje się osobą krwistą i kościstą jak najbardziej; kocham XXI stulecie.
Acz nie pod wszystkimi względami, naturalnie.
Gosposia
ma na imię Maria (oczywiście na potrzeby bloga, gdyż faktycznie nazywa się
Hermenegilda), lat 50 z legutkim haczykiem, o twarzy przypominającej
uśmiechniętego radośnie kartofelka w masełku. Czyli kojarzy się i radośnie, i
smakowicie. Stawka bez bandytyzmu, przełknąłem, i wskazałem zakres obowiązków.
Po
pierwszej wizycie okazało się, że pani Maria o dziwo nie próbuje układać mi
książek w kredensie, czy przenosić naczyń do szuflad biurka – znaczy,
kompetentna, dbała i nie roztargniona, co się chwali. Po prasowaniu składa
ciuchy w bardzo foremną kosteczkę, akurat pasowną do mojej szafki, itepe,
itede, czyli prawie ideał.
„Prawie”
czyni jednakowóż różnicę – skąd ci goście z Żywca wygrzebali tych copywriterów,
z Izraela?...
Otóż
pani Maria GADA.
„Dzień
dobry, panie Kalasanty, niech będzie pochwa Lony, ale pan ma fajną koszulę!...
Już, już się rozbieram…”
WTF?
Aha, idzie do łazienki założyć roboczy ancug. Uff. I kto to ta Lona?
„To
jak panu minął tydzień? Ja byłam u sąsiadki dzieci dopilnować, wie pan, u tej
Wójcikowej spod czwórki…”
Jasne,
wiem. Któż nie zna Wójcikowej spod czwórki?
„No
i strasznie te bachory rozwydrzone, ja nie wiem, na co ten świat schodzi…”
Na
psy, a na co niby?
„A
powiem panu, że mój stary to nic, tylko by z kumplami w knajpie przesiadywał,
odkąd na rentę przeszedł, a na mnie to nawet nie spojrzy!...” I pani Maria
wdycha, że aż pierś jej się wydyma, jak nie przymierzając bombramsztaksel na
„Darze Młodzieży” na ten przykład. Tja, chyba czuję, o jakie „spoglądanie”
chodzi…
W
sumie spoglądanie na uśmiechniętego kartofelka w masełku to nic złego,
zwłaszcza, gdy sobie wyobrazić, jak ten kartofelek mógłby wyglądać podczas
zapasów w pościeli. Ale – czy podczas tych zapasów ona przypadkiem TEŻ nie
gada?...
Podobno
ostatnio przeprowadzono jakąś ankietę, pytając facetów, jakie mają odczucia
podczas seksu oralnego w formie fellatio, nie cunningulus (w Wiki, kurwa,
sprawdzić, jak ktoś nie ogarnia). I podobno 5% facetów opowiedziało, że to
„boskie, nieporównywalne z niczym innym uczucie”; kolejne 5%, że „poczucie
grzechu, ale przyjemność taka, że grzechu warta”, zaś u pozostałych 90%
pierwszą myślą było: „Ja pierdolę, jaka cisza w domu!...”
No
nic. Marysia sympatyczna, robotna i niedroga, ale moje mroczne, zamknięte w
sobie i milczące ego zdecydowało, że na czas konserwacji powierzchni płaskich w
mojej rezydencji będę wychodził. Przecież nie zaknebluję zacnej skądinąd
kobieciny, choćby dlatego, że już sobie wyobrażam, ile miałaby jeszcze do
powiedzenia, zanim ten knebel wreszcie udałoby się mi jej wcisnąć.
Ponieważ
godziny pracy Marysi nie pokrywają się z godzinami otwarcia pubu „Patologia”,
miałem z początku pewien dylemat. Co, na spacer mam pójść, czy co? Acz los
zesłał mi niespodziewaną opcję.
Opcją
okazał się hotel położony w mojej dzielni, którego wcześniej nie miałem okazji
zwiedzić, bo niby i po co, skoro własne łoże posiadam, i cudzołóstwo mi
niepotrzebne. I mój niezrównany intelekt podpowiedział mi, że skoro jest hotel,
to i bar w hotelu być musi, nawet sam Arystoteles by nie zaprzeczył. Bar był (i
jest do dziś), i ma tę cudowną zaletę, że można sobie w nim bez żenady zajarać!
Gdyż jest pomieszczeniem osobnym, z oddzielnym wejściem i wentylacją, co
spełnia ograniczenia wynikające z ustawy antynikotynowej, a strefą dla
niepalących jest restauracja. Nooo, taki wypas to mi leży, nie powiem.
Postanowiłem, że będę zdradzał „Patologię”, gdzie jarać można tylko w ogródku,
a jesień idzie, i nie ma na to rady, jak śpiewali Małgosia Z. i Olek G.
W
hotelu podają też dobrą michę, w cenach znośnych, a nawet nieproporcjonalnie
niskich w stosunku do jakości, co też nie martwi. W hallu, zwanym obecnie
modniej „lobby” (zamienił stryjek siekierkę na kijek) jest gazetnik, z którego
bez żenady czerpię, i z którego zaczerpnąłem ostatnio „Przekrój” zjechany w poprzednim
moim poście. No to co było zrobić – sięgam ponownie po „Przekrój”, może znów
coś śmiesznego wysmażyli?
Wysmażyli,
a jakże; ostrzegałem, że pamfletów pisanie może mi się spodobać. Otóż jeden z dyżurnych
złotoustych napisał felieton pt.: „Kwiatek albo wpierdol”. Poszło o kampanię
reklamową paszteciarskiej firmy „Profi”. Złotousty powybrzydzał najpierw, że w
logo jest uśmiechnięty kogut, a on mięso co prawda żre, ale zamyka świadomość w
kwestii tego, że spożywa zwłoki, i to przypomnienie, że te zwłoki kiedyś żyły,
jakoś go uwiera w sumienie. Chyba ten uśmiech mu jakoś nie pasił; wysnułem więc
wniosek, że dla niego kogutek powinien mieć wbity toporek rzeźnicki w szyję, w
oczach obłęd i srać pod siebie. Albo logo powinno mieć postać dziadzia z wąsami
i w okularach, jak to sprytnie wymyśliła jedna żyjąca ze sprzedaży jadalnych
kurzych zwłok korporacja – nie wiem. Ale potem złotousty przechodzi do clou.
Otóż firma „Profi” (podam numer konta, skontaktujcie się, chłopaki) prowadzi
kampanię, gdzie centralnym punktem jest twarz kobiety, z boku wysuwa się ręka z
kwiatkiem, a hasło brzmi „bo zupa była prawdziwa”. Nawiązanie do niegdysiejszej
kampanii społecznej oczywiste, ale złotoustemu się kojarzy z tym, że… jak
kobieta ugotuje chujową zupę, to jest bijana, a jak dobrą, to kwiatkiem
obdarzana.
No
to mi skrzydła opadły jak płetwy na takie dictum. To co ty masz, chłopie, za
pasztetówkę we łbie?...
Oczywista,
że niektóre hasła/slogany reklamowe nawiązują do znanych wcześniej motywów;
„Ociec, prać?” – Sienkiewicz/Pollena 2000. To z czym kojarzyłoby się to
przekrojowemu felietoniście? Najpierw samcza kultura z kultem maczo
(Kiemlicze), a teraz kobieta ma zapierdalać z proszkiem, no nie? Tfu, seksizm i
obraza marksizmu.
A
przecież można optymistyczniej i pozytywniej. Poprzednia kampania piętnowała
jak najsłuszniej przemoc domową, czyli gud dżob, a obecna promuje wręczanie
kwiatków kobietom. Panie „przekrojowy” – a jak często pan wręczasz kwiatka
swojej kobiecie? Czy swojemu facetowi, żeby nie dyskryminować? A może kwiatek
to taka sama „obraza”, jak puszczanie kobiety przodem w drzwiach, czy
powiedzenie autentycznie miłego komplementu?
Lewactwo
jak nic nie ma większych zmartwień. Musi się zajmować różnymi niepokojącymi
zjawiskami, typu topnienie pokrywy lodowej w Arktyce, ale już tego, że w żadnym
ze światowych portów poziom wody nie podniósł się bodaj O CENTYMETR, do
wiadomości przyjmować nie chcą. Dobra, pal sześć, co się będę żołądkował…
Człowiek-urbanistyczny
robot pracuje, siedzi przed tym kompem, przegląda newsy i się wkurwia. A można
przecież inaczej. Można zaszyć się gdzieś w jakiejś górskiej chatynce, rąbać
drwa, oscypki wygniatać i turystki wyrywać na kolekcję juhaskich dzwoneczków.
Wolniej i zdrowiej. Ale póki mieszka się w mieście…
To
chyba jest sposób. Widziałem gościa, który wyglądał na szczęśliwego. Łaził po naszych
krakowskich Plantach, na plecach miał maszynę spalinową, a w ręce rurę, taką
ok. 1.5 m
długości, średnicy gdzieś 10-15
cm. I na plecach mu warczało, rura dmuchała, co
powodowało że liście z alejek karnie przemieszczały się z powrotem na trawnik,
gdzie ich miejsce, a w oczach miał błogość, gdyż równocześnie zarabiał. I
wyglądał na absolwenta filozofii, który wreszcie ma czas na przemyślenia bez
martwienia się o chlebuś z masełkiem i emeryturę. Postanowiłem poświęcić mu
skromny dwuwiersz:
Chodzi
chłop i dmucha. Dmucha chłop i chodzi:
„Dmucham
se w Krakowie, mógłbym dmuchać w Łodzi.”*
*Pamięci
Jana Kaczmarka. Ci, którzy mają zrozumieć, zrozumieją.
Po raz pierwszy piszę pamflet. I może mi się to spodobać.
Autor:
Unknown
on poniedziałek, 24 września 2012
/
Comments: (0)
Uch. Ech. Uff… Ależ miałem
tydzień…
Pracowity, znaczy. Agencje ABC i
XYZ zasypały mnie zleceniami naprzemiennymi, i nawet wódki się nie było kiedy
napić – co oznacza mucho dinero, i wcale mnie to nie martwi. Zaczynam
przemyśliwać nawet o nawiązaniu delikatnej nici porozumienia z komornikiem
(gdyż różne liczniki za kratą biją, i nie ma przeproś – płacić trzeba), a mam na
razie w ręce ten atut, że komornik nie zna mojego miejsca pobytu, gdyż jeszcze
się przezornie nie zameldowałem. Acz do członka spółdzielni aspiruję, z
wyrachowania niespiesznie, oczywista płacąc rachunki regularnie i uczciwą
walutą; już nie będę podrabiał banknotów – nawet jeśli z takich zarzutów mnie
uniewinniono.
Naszło mię, by napisać mianowicie
PAMFLET. Skojarzeniowo jakoś ten wyraz mieści mi się między sufletem, omletem a
pantoflem, a więc przeważnie gastronomicznie, ale podobno jest to rozprawka
krytyczna, czasem mylona z paszkwilem. Owszem, zamierzam podrwić krytycznie
jako wolny Wolniak, gdyż w końcu profil mojego bloga zakłada mocne oka
przymrużenie, a nawet o satyrę zahaczanie; wariatowi wszystko w końcu wolno, o
jazdach niekontrolowanych uprzedzałem. Zapoznałeś się, czytelniku, z ulotką – a
jak nie, to tym gorzej dla Ciebie.
Tak ogólnie de publicis zamiaruję
podywagować, natchniony lekturą publikacji papierowych i elektronicznych. Na
ten przykład elektroniczne media piszą otóż, że skazany, który zgubił dowód NIE
MOŻE PÓJŚĆ DO WIĘZIENIA!!! Serio:
Jakby co, wykopcie Pasiaka i
Wolniaka tamże, dzięki :)
O matko, gdybym był wiedział… Od
dziś zostawiam dowód i paszport w domu, a z kartą się wytłumaczę, że ukradłem,
i niech mnie Kalasanty Wolniak ściga z oskarżenia prywatnego, chłe, chłe.
Dobra, pamflet czas zacząć.
Wpadło mi w łapy czerwone jak stalingradzka łuna czasopismo „Przekrój”. Na
komuchów uczulenie mam od zawsze, jak każdy normalny obywatel, który łyknął
PRL-u, a nie był beneficjentem tegoż. Moim skromnym oglądem lewicowcy dzielą
się na: 1. naiwniaków, którzy wierzą w te bzdury; 2. szuje, które doskonale
wiedzą, że to nie działa, ale zbijają kapitał na odwiecznym ludzkim pędzie do
„jak zrobić, by się nie narobić, a zarobić”.
„Przekrój” to pismo, nie powiem,
z tradycjami; kiedyś za komuny było takim małym okienkiem na świat, nawet
korespondenta z Hollywood miało, szpas jak skurwysyn. Nazwa narodziła się
dwojako, o ile wiem: raz, że chodziło o taki „przegląd” najciekawszych wydarzeń
tygodnia, a dwa, że kartki magazynu trzeba było przecinać od góry nożem do
papieru. Pamiętam taki drewniany nóż u mojej babci, nabyty bodaj w Cepelii
(niewiedzący co to Cepelia zapraszam do Wiki). Przecinanie to miało zapewnić
albo jakąś rozkosz będącą namiastką zabawy z bąbel-folią, albo obniżyć koszty,
gdyż maszyna-przecinarka była za droga. Swoją drogą, jeśli chodziło faktycznie
o kosztów obniżenie, to pomysł to stricte kapitalistyczny, za który by pewnie
kogoś obwiesili, gdyby pomysłodawca był znany. Do dziś poniewierają się zresztą
po życiu neo-luddyści, czyli osobnicy twierdzący, że robotyzacja zlikwiduje
wszystkie miejsca pracy, a już na pewno ich większość. Tja, ciekawe, komu ci
paskudni kapitaliści opchną te miliardy wyprodukowanych przez roboty artykułów,
gdy 99% ludzi przez te same roboty nie będzie miało roboty?... Zostawiam do
przemyślenia psychiatrom i co światlejszym ekonomistom.
A skoro już jesteśmy przy
ekonomistach – w ostatnim numerze „Przekroju” produkuje się profesor ekonomii.
Ekonomia to nauka aspirująca do miana ścisłej, choć element wróżbiarstwa,
zwanego uczeniej prognozowaniem, skutecznie jej broni dostępu do kręgu tychże nauk.
Wobec czego naukowcy-ekonomiści mogą snuć wizje dowolnie upajające, a maluczcy
muszą słuchać, i przytakiwać, gdyż gówno wiedzą, a jak już profesor jakiś mówi,
to w ogóle milcz, jak do mnie mówisz.
Ja co prawda milczę – ale napisać
mogę. Opisać refleksje na temat myśli pana profesora, gdyż wariatowi wolno,
blog ma charakter polemiczny i/lub satyryczny, a za „Przekrój” zapłaciłem, gdyż
trzeba wiedzieć, co kombinują różne knuje po drugiej stronie barykady. Pan
profesor pisze mniej więcej tak: „Obniżenie płac wymusza spadek cen, co
zwiększa realną wartość długów”. WTF?!!! Z pierwszą częścią zgoda – ale to
chyba dobrze, czyż nie? Czyli robotnik „wykorzystywany” w jednej fabryce, dajmy
na to gaci, będzie mógł tanio kupić, dajmy na to kamasze, gdyż jego współbrat w
niedoli jest również wykorzystywany przez kamaszy tego producenta, i vice versa.
Ale co z tymi długami? Hm, i tu jest krzyż utknięty. Za cholerę nie widzę
związku. To znaczy dostrzec mogę – że jak deflacja, to niby zobowiązania
większe, gdyż cena ze 100 spada na 50, wynagrodzenie z 1000 na 500, a dług jak był 200, to
zostaje 200. A
w następnym zdaniu pan profesor pisze, że to inflacja długu (!). Deflacja
napędza inflację. I nigdzie nie jest powiedziane, że ktokolwiek do zaciągnięcia długu został zmuszony pistoletem przystawionym do głowy.
Dobra, muszę pierdolnąć
pięćdziesiątkę, bo nie rozkminię. Sorry, jednak setkę.
Dalej pisze nasz uczony, że
podatki MUSZĄ być progresywne. Czyli – im więcej zarabiam, tym więcej płacę.
Aha. To NA CHUJ mi więcej zarabiać? I chwileczkę – czy ja te wolne od podatku
pieniądze będę pożerał, albo na nich spał? Nie – ja je zainwestuję, więc
stworzę miejsca pracy, albo np. przepiję i wydam na nieopodatkowane dziwki,
czyli skonsumuję i pośrednio miejsca pracy stworzę lub utrzymam istniejące. A
kolejna księżycowa teza naukowca z Londynu (czyli oderwanego mocno od naszej
rzeczywistości) to „wysoka efektywność podatków od majątku”. No, po chuju fest.
Powiedzcie to ewentualnym, polskim płatnikom podatku katastralnego, oby jego
pomysłodawca w piździe na żyletki trafił. Powiedzcie to biedakom, którzy mają
swoją odziedziczoną ziemię, ale ledwo z niej wyżywają. Że grunt wart milion
zet-eł opodatkowany zostanie 1% wartości rocznie, czyli 10.000, które taki
biedak musi wypracować – a nie da rady, bo stareńki i schorowany. Albo
samotnemu emerytowi, który ma mieszkanko warte 300.000, bo się go
dorobił/wygrał w totka, a jemu nie starcza na leki. Zawsze podejrzewałem, że
„sprawiedliwość społeczna” wyśniona przez czerwonych ma się do sprawiedliwości
tak samo, jak krzesło do krzesła elektrycznego.
I pan profesor, gdyby brał udział
w tej dyskusji, pewnie zarzuciłby mi, żem klarnet bosy, ciul niemyty i ciemna
masa, bo nie znam prawa Hocque’a-Clocque’a o trywialnościach, i zarzuciłby mnie
masą danych liczbowych, a nawet się tyłem na mnie wypiął i z pokoju wyszedł,
fucząc gniewnie. Nie mam nic do człowieka, nawet poczciwie mu z oczu na zdjęciu
patrzy, więc pewnie lewicowiec to z gatunku ideowych – ale niech nie wciska
czytelnikowi ciemnot z powagą równą Einsteinom, gdyż gdyby był jakiś przepis na
uniwersalny dobrobyt ekonomiczny, to pewnie by go gdzieś już wdrożono. Choć z
drugiej strony ktoś powiedział, że „człowiek działa racjonalnie, gdy zawiodą wszystkie
inne metody” – niegłupie, pewnie limitu nieracjonalnych rozwiązań ekonomicznych
jeszcze nie wyczerpano.
Z kolei naczelny „Przekroju”, p.
Kurkiewicz, ma jazdę we wstępniaku taką, jakby coś mocno stężonego zaćpał, i
naczytał się Hołuja na dodatek. Pisze, że „A może by tak (…) bardziej
indywidualistycznie mniej kolektywnie (…)?” Oho, herezja. „Może by lepiej,
więcej, taniej, szybciej”? To z pozycji stachanowskich, czy może ze
zgniło-kapitalistycznych? Na szczęście na koniec pisze, że może jednak nie. Znaczy,
substancja się ulotniła, autor doszedł do siebie. Ale żeby to tak publicznie?
Może by jednak dyskretniej?...
Pal sześć. Żeby nie było, ze
„Przekrój” to same miazmaty, odwołam się do artykułu „branżowego”, mianowicie o
opiece zdrowotnej w pierdlach. Że w chuja strasznie walą, że chorych gnębią, bo
to wyrzutki etc. I tu słuszność przyznam – o tyle, że jako pacjenta traktują
więźnia nader często jak szmatę. Ba, aresztanta, który z założenia jest
NIEWINNY. Pierdel nie ma być luksusową instytucją wypoczynkową, o czym pisałem
wcześniej, ale skoro zapewniają opiekę, to niech się, do kurwy nędzy,
wywiązują! Gdyż patologie tamtejsze są niezłym odzwierciedleniem naszego
systemu „sprawiedliwości” – większość udaje, że coś robi, cała machina kolebie
się, trzeszczy na zakrętach, i co jakiś czas kogoś miażdży kołami, a kierowcę
można pocałować w dupę, gdyż jest jeden, i bez niego ten bardak na kółkach
runie w przepaść. A jak go zastąpią, to i tak jego następca egzamin na prawo jazdy zdawał w
tym samym ośrodku, co poprzednik.
Co pozostawiam Wam niniejszym do
przemyślenia.
Będę w prasie! Plus coś smacznego na deser.
Autor:
Unknown
on niedziela, 16 września 2012
/
Comments: (4)
Cholera,
zaszczyt mnie niezły kopnął. Redaktorstwo CKM, bodaj najpopularniejszego za
kratą miesięcznika dla samców, uznało, że moje popiskiwania zza kraty (a
obecnie już z drugiej jej strony), szumnie zwane blogiem, okazały się warte
pokazania światu. A tak konkretniej, to poproszono mnie, bym upichcił „dekalog świeżaka”,
czyli objaśnił w 10 punktach, co ma zrobić ze swoją rozdygotaną osobą człek
niespodziewanie (gdyż aresztowania spodziewane są sporą rzadkością)
aresztowany, gdy już znajdzie się w AŚ (Areszt Śledczy, czyli
pierdel-poczekalnia dla póki-co-niewinnych, którzy mają pecha jak Marcin P., a
nie mają tyle szczęścia, co Olga J.).
I
co Wolniak, zresocjalizowany, z sumieniem czystym jak dziewczę po kąpieli, ma
zrobić?...
Wprowadzić
się w nastrój.
POSZŁEM
więc do łazienki. Jak już wcześniej tłumaczyłem, formę „poszedłem" stosuje
się do dalszych odległości, a „poszłem” gdy jest blisko.
Spojrzałem
w lustro.
I
zacząłem myśleć mocno hardkorowo, i patrzeć sobie w facjatę, szukając
natchnienia. Tak po knajacku, i w ogóle krwiożerczo i przeszłościowo.
I
źrenice mię się zwęziły, warga się podniosła jednostronnie jak u Elvisa, z tą
różnicą, że spode wargi gulgot się zaczął wydobywać, jak z dobermaniego gardła.
Nieźle, kurwa. Jedziemy z tym przewodnikiem. Albo dekalogiem, jak zwal, tak
zwał.
- Załóżmy, że jesteś, świeżaku, już po „dołku”, czyli tzw. zatrzymaniu na 48 h. Transportują cię więc do AŚ, który od ZK (Zakład Karny) się tym różni, że w AŚ jest bardziej przejebane, choć lokalizacja często ta sama, patrz krakowskie „Monte”. Rejestracja w recepcji, podpisy, zdajesz niedozwolone części majątku ruchomego typu komórka i nóż sprężynowy i kasę, bla-bla, nie ma się co srać. Keep cool.
- Idziesz do magazynu, gdzie ci wydają „kadzienki”,...
Ciąg dalszy tekstu w CKM-ie nr 11 lub 12, ergo: kupujcie,
ludziska!!! No co – oni mi reklamę bloga zamieszczą, to ja ich też wychwalam.
Aha, tak przy okazji dowiedziałem się jeszcze, że jestem na Wikipedii!
No,
no, Kalasanty staje się powoli osobą publiczną, może rząd mnie zaprosi na
jakiegoś eksperta ds. penitencjarnych, kto wie? Oczywiście w takiej sytuacji odpowiem
rządowi, gdzie się mają pocałować.
Uwaga
– kącik kulinarny:
Moje
prywatne odkrywanie świata na nowo obejmuje wiele aspektów; technologiczny –
gdzie odkryłem grę, w której wyrazy twarzy bohaterów zmieniają się zależnie od
postępu dialogu (jakaś detektywistyczna przygodówka, nie pamiętam tytułu),
społeczny – gdzie zgłębiam różnice między piciem towarzyskim a piciem do
lustra, cielesny – gdzie przypominam sobie, że ćwiczenia to nie tylko ping-pong
i pompki, ale też rower i rolki, a także czym się różnią chłopcy od
dziewczynek, i wreszcie kulinarny.
Co
do tego ostatniego – to co prawda w pierdlowej kantynie można było nabyć sporo
różnych dóbr, ale pole manewru było w zakresie gotowania ograniczone, skoro
jedynym sprzętem był czajnik; trzeba było zapomnieć o stekach i podobnych
frykasach. Oczywista nadrobiłem to po wyjściu; pożerałem steki, chińszczyznę,
pizze, chłopskie jadło i różne takie et caetery jak szalony w pierwszych
dniach, co różne sensacje powodowało, na przykład wtedy, gdy sobie ubzdurałem
śledzia z marmoladą, albo miód z boczkiem. Jednym z najlepszych spróbowanych
przeze mnie w owych dniach dań była sola w szpinaku; drugie zaszczytne miejsce
miała sałatka z grillowanym tuńczykiem, który smakował jak wołowina – pożarłem
trzema szczęk kłapnięciami. Ech… to było prawie jak pierwszy seks. Żal dupę
ściska, a łzy po nogach ciekną…
Ale
przejdźmy do meritum mego odkrycia kulinarnego (uwaga! nielubiący brokułów nie
czytać!). Przepis jest prosty jak na „bułkę po polsku” Andrzeja Mleczki: 1.
Kupujemy bułkę; 2. Szybko ją wpierdalamy, żeby inni nam nie zabrali, więc nawet
najgorsza kuchenna kaciała jest w stanie się z nim uporać.
Brokuły
łaziły za mną od dłuższego czasu, aż nabrałem niezdrowego nawyku oglądania się
przez lewe ramię. Postanowiłem więc temu położyć kres; jeszcze jakiejś
wego-fobii się nabawię. Naturalnie w sklepiku u Kasi-Ani-Basi-Asi świeżych
brokułów nie uświadczysz – ale są mrożone. Raz warzywu śmierć, biorę. PACZĘ ci
ja na obsługi instrukcję i oczy przecieram: można przyrządzić w mikrofali (!).
Chuj, najwyżej wyrzucę, jak będzie niedobre, broccoli chodzą po
czy-pińdziesiąt. Otóż: broccoli wsypujemy do żaroodpornego naczynia z pokrywą,
dodajemy jedną (!) łyżkę stołową wody, i ustawiamy mikrofalę na 8 minut przy
800 watach. A efekt?...
BOSKIE!!!
Idealne, jak świeże brokuły z pary!!! Chrupiące, sprężyste – to mikrofala tak
TEŻ ma?!... Eppur si muove, heureka!...
A
do tego dosypujemy parmezanu ze startą gorgonzolą, „piasku” (czyli bułeczki
tartej na maśle) i posypujemy białym pieprzem. Spożywamy ze świeżą bagietką z
masełkiem.
Na
koniec zwierzę się Wam w tajemnicy, że właśnie to danie, zaserwowane jako
kolacja, zapewniło mi śniadanie z dziewczęciem gotowym na wszystko. Dania tego
spieprzyć się nie da, a więc: mikrofale w dłoń, panowie!... Efekty swoich
podbojów możecie opisywać w komentarzach do bloga.
Smacznego!
O moim ulubieniu gadżetów, a w tle mrożąca krew w żyłach afera erotyczna…
Autor:
Unknown
on poniedziałek, 10 września 2012
/
Comments: (7)
Mam
kartę bankomatową! Qrczę, ma funkcję płatności zbliżeniowej, i mogę np. płacić
w McKingu za skromne posiłki bez podawania PIN-u. Nie, żebym jakimś fanem był
szybkożarcia, ale czasem konieczność przyciśnie. Podoba mię się taka funkcja,
ani słowa. Książkę też tak mogę kupić, co krzywdy też mi bynajmniej nie czyni.
Spożycie dania z McKinga generuje, prędzej czy później, acz nieuchronnie
wydalniczość, przy czym książka jest towarzyszem raczej pożądanym. Dwa
przyłożenia karty, i trzy przyjemności: papu, nasiadówka na tronie i lektura.
Opłaca się, świat poszedł do przodu w pożądanym kierunku – co mam sobie krzywdować.
Oblukałem
dokładniej komputer po mojej zmarłej mamie. Cóż, z lekka przechodzony grzmocik z
19-calowym monitorem; acz ma legalną Windę i Office, co jest nie do
przecenienia. Znaczy ta legalność, bo gdyby mieli mnie znów do pierdla zamknąć
za lewy soft, to zrobiłbym pewnie komuś coś strasznego, zważywszy zwłaszcza, że
właścicielem oprogramowania jest osoba nieżyjąca, a żyjąca ma za to odpowiadać.
Chwytacie subtelność tego konstruktu, mam nadzieję?...
Dobra.
Lubię gadżety. Bez miłości, gdyż gadżety jej nie odwzajemniają; nie idźmy w
kierunku japońskich, nieco skrzywionych podle europejskich standardów, upodobań.
Lubię, i to wybiórczo. Lubię kompy, gdyż poza tym, że dają pracę, mogą dać
przyjemność; w postaci gier zwłaszcza. A tu pojawiła się produkcja, na którą
ostrzyłem sobie zęby od dłuższego czasu… Wiedźmin mianowicie. Zwany przez fanów
pieszczotliwie „Wieśkiem”.
Choć
Sapkowskiego fanem jestem niejako od zarania, to nigdy nie zdarzyło mi się
Wieśka w formie cyfrowej nabyć; komp mój był w latach 2007-2009 zbyt mulasty, i
jakoś tak się po prostu nie złożyło, żeby go rozbudować. W sumie może dobrze,
bo sądownictwo nasze skonfiskowało mi grata, a nie coś, co warte było ok. 1000
ojro (w ramach konfiskaty narzędzia przestępstwa – kurzy się teraz staruszek
gdzieś tam w czeluściach prokuratorskich magazynów, a może już go przetopili, i
przerobili na tramwaj z pantografem, albo przynajmniej na chip obsługujący w
takim tramwaju lewy migacz, a może nawet dwa migacze). Nabyłem więc legalnie Wieśka
za śmieszne pieniądze, i zacząłem przygodę. Intro z jednej strony powala, acz
nijak się ma do grafiki samej gry, zwłaszcza przy dialogach w zbliżeniach, bo w
planie ogólnym bardzo znośne; obejrzałem sobie na YT gameplaye z „dwójki”, i dech
mi zaparło. Niestety, po-maminy komp nie pociągnie nawet ani jednego marnego
piksela – a „jedynkę” obsługuje za to bez szczególnych protestów. Pyszna zabawa
z przednimi dialogami i bardzo wciągającą fabułą. CD Project Red uprasza się o niewielkie
finansowe wspomożenie ekskryminalisty za reklamę, będę zobowiązany.
Wieści
z kręgów towarzyskich: zgłębiam życie PUB-u „Patologia”. Oczywista wymieniam
dialogi z bywalcami, z kilkoma jestem na „ty”, jednemu o mało nie przywaliłem w
ryj, z drugim wdałem się w dyskusję o życiu, Wszechświecie i całej reszcie;
czemu przyglądał się z niezmiennie lisim uśmiechem barman Danko, czyli ogólnie norma
knajpiana. Acz wyczaiłem interesującą rzecz…
Jeśli
byliście na głębokim południu Europy, typu Sycylia, czy Grecja, i spędziliście
w jakiejś mieścinie dajmy na to tydzień (mowa nie o rozwrzeszczanych kurortach,
tylko o maleńkich miasteczkach, gdzie na turystę na dzień dobry patrzy się,
jakby co najmniej chodził piętami do góry), to pewnie zauważyliście fenomen,
który ja określam mianem „dziadka barowego” (gatunek ten występuje w mnogości,
a nawet stadnie).
Takie
południowoeuropejskie dziadki barowe, odziane w prawie białe, zapięte pod szyją
i niewyprasowane koszule, plus czarne zapewne od nieprania marynarki, zjawiają
się w lokalnych tawernach gdzieś około ósmej-dziewiątej na odwieczerz,
zamawiają flachę rakii, rozkładają domino, albo planszę do warcabów czy
tryktraka, i pozdrawiają się w niezmiennym rytuale, zamieniając kilka zdań,
które co wieczór brzmią tak samo – toteż po trzecim spotkaniu można z pamięci
odtworzyć ten dialog, który brzmi mniej więcej tak (wersja pseudo-grecka):
Dziadek
1: „Kaliksos epifania kallipygos, konstantinopolis tracheotomia sedes kutas.”
Dziadek
2:: Deos, deos kosmateos, kalokleos. Panathinaikos lesbos, Kleofas.”
Co
znaczy pewnie coś na kształt: „Stara mnie znowu opierdoliła, że nasikałem na
deskę, zołza.” – „Jakby miała prostatę, to by tak nie nadawała, a ci kopacze z
Aten to i tak pedały. Rozkładaj planszę i gramy, kurwa, Kleofas.” Bez żadnego
„dobry wieczór”, bo i po co.
W
związku z czym do niedawna myślałem, że dziadki barowe to specjalność
europejsko-południowa. Otóż myliłem się.
Do
„Patologii” różne ludzie przychodzą. Ostatnio mię się rzuciła w oczy pewna
para, dziadków oczywista. Dziadki, tak na oko w wieku od 10 lat na emeryturze,
są czynne zawodowo – nie ma przeproś, trzeba zapierdalać na 1500 ojro emerytury
dla Greków, by mogli sobie co dzień fundować flachę rakii. I jeden z dziadków,
Stasio, ma w głowie patent. Patent polega na tym, że wymyślił jakiś czujnik,
który ma monitorować jakąś czynność czegoś-tam gdzieś. Posłuchałbym z ochotą,
ale Stasio się rozkaszlał, a u mnie komóra zaterkotala, i wiem na razie tylko tyle,
że Stasio ma ideę. Jego przyjaciel, Jurek, jest z kolei informatykiem – z
pokolenia, które pracowało na komputerach „Odra”, które stosowały karty perforowane
zamiast dyskietek, i pewnie perforacja następowała przy pomocy gwoździa. Tak
czy siak: Stasio ma patent, a Jurek ma mu to zwizualizować komputerowo. I już
kilka razy słyszałem dialog typu: „To weź to przynieś!...” – „Ale muszę
dokończyć projekt!” – „No to ja cię pierdolę w takim razie!”. Taka lokalna
never-ending-story. Barman Danko poinformował mnie, że oni tak już od roku
gdzieś się targują, upijają się, i obrażeni wracają w pielesze. Cóż, lokalna
specjalność – acz nie spodziewałem się, że południowoeuropejskie wzorce są aż
tak uniwersalne.
No
dobra – czas na aferę erotyczną.
Otóż
zapoznałem niedawno dziewczę. Niebrzydkie, niegłupie, i z gatunku „Gotowe na
wszystko”. Po kilku spotkaniach i spożyciu kilku litrów różnych płynów okazało
się, że mamy między innymi wspólne zainteresowania kulinarne. I że moja skromna
osoba może robić za kulinarnego gura (dopełniacz od „guru”); bo ja wiem – czy
ugotowanie parówki przy pomocy dwóch drutów i żyletki to akurat taka sztuka?...
No nic. Onegdaj okazało się, że dziewczę jest niedożywione, i pragnie
mianowicie spożyć ze mną kolację, którą ja ugotuję (bez żyletek i drutów), i
którą spożyjemy, przy czym sugestia śniadania był wliczona w pakiet.
Ugotowałem, spożyliśmy i zapiliśmy posiłek, i… romantycznie się zrobiło. Zachciało
się nam wspólnie powzdychać do księżyca. No więc powzdychaliśmy doń, a jak
księżyc się chował, to wzdychaliśmy, by się na powrót pokazał. I wzdechy nasze
poniosło…
Poniosło
piętro niżej, gdzie mieszka pani Pecia. I pani Pecia miała na następny dzień
przynieść mi moje prasowanie; a po otwarciu drzwi otwiera się widok na salonik.
A na widoku fotel. A na fotelu stanik – nie mój, rzecz jasna. A z łazienki
dobiega dziewczęcy śpiew, odgłos prysznica oraz pach golenia. Więc pani Pecia,
z brwią namarszczoną, chorobliwym rumieńcem na facjacie i naręczem
wyprasowanych ciuchów, rzuca mi w twarz: „Panie Kalasanty, muszę zakończyć
naszą współpracę!... Pańskie zachowanie jest karygodne!”. Serio piszę, to się
NAPRAWDĘ zdarzyło.
Zostałem
z opadniętą szczęką i pustką w głowie. Macie pomysł, co z tym zrobić?... Poza
tym, że muszę znaleźć nową gosposię?...
Się
porobiło… Jednak w pierdlu, bez kobiet, świat był mniej skomplikowany.
Pół-wolność na FB, a pani Pecia czyni podchody
Autor:
Unknown
on wtorek, 4 września 2012
/
Comments: (2)
Nie
ma klawi… sorry, przycisku „nie lubię” na fejsbuku (przez niektórych zwanych
„pejsbukiem”, ale skoro ktoś się nazywa Cukierberg, to powinien przyjąć te
konsekwencje na klatę), i to mnie pcha ku dalszym przemyśleniom…
Jak
ktoś napisał: „Wojna jest matką wszechrzeczy”. Nietsche za Heraklitem bodajże.
Dla przeciętnego odbiorcy wojna jest okropieństwem najgorszym z możliwych, i tu
duża zgoda. Acz warto się zagłębić nieco w temat.
CO
jest motorem postępu? Takiego codziennego, technologicznego. Skąd mamy komputery/pralki/samochody/lokówki/prysznice/samoloty/dyski
wielkości paznokcia, mogące pomieścić 1000 utworów muzycznych?...
Z
wojny?... Na pozór bzdura. Aczkolwiek…
Z
KONFLIKTU. Konflikt bodaj między Stephensonem a Trevithickiem, gdy chodziło o
wykazanie, czy koła na szynach będą się ślizgały, czy nie, doprowadził do
wynalazku działającej do dziś bezślizgowo, z niewielkimi modyfikacjami, lokomotywy.
Konflikt/spór/konkurencja między Dunlopem a Michelinem dał nam dzisiejsze
opony, całkiem chyba jednak nie najgorsze. Benz walczył niekoniecznie z
konkurentem bezpośrednim, ile z rzeczywistością, gdy jego wspaniała żona, Berta
Benz, de facto wygrała pierwszy, historyczny i jedyny w swoim rodzaju rajd indywidualny
Mannheim-Pforzheim, „wozem bez koni”, wywalczywszy to, czego Benz by bez niej nie
wywalczył. W KONFLIKCIE ze złośliwością rzeczy martwych i prawami Murphy’ego,
gdy jeszcze pradziadek Murphy’ego srywał w becik, a na muchy mówił „tapty”.
Niejaki
A, będąc w konflikcie z niejakim B, tworzy koncepcję: „A ja ci otóż pokażę, że
można srać pod wiatr, i jeszcze z tego uzyskiwać energię!...” B, w opozycji,
twierdzi, że ekskrementa można przekierować, i zasilać uzyskaną energią (dajmy
na to) układ rozsiewania wonności w chlewniach farmerskich na tyle skutecznie,
że świniaki się zaczną uśmiechać. I może niekoniecznie A stworzy wiekopomne i
mega-wydajne odbiorniki metanu, czy B spowoduje taką deformację świńskich
ryjów, że wyborcy (dajmy na to) Palikota zaczną odczuwać miłe swędzenie na
widok Prosiaczka oraz jego krewnych-i-znajomych, ale…
Ale
może wkroczyć na scenę C, który/a stwierdzi: „Po co się gównem zajmować, skoro
wystarczy wykorzystać naturalną siłę zwieraczy.” I wymyśli na przykład lądownik
lunarny z napędem skurczowym, a tam w próżni zapachy nikomu nie wadzą. Etc.,
etc., etc….
Strasznie
się fekalnie i mocno abstrakcyjnie zrobiło nam jakoś. Proszę o 10 minut
cierpliwości, za chwilę wracam. Acz ogólny kierunek rozumowania podtrzymuję.
--------------------
Ulżyło,
wracam, kontynuuję. Bez fekalizmów już.
Mnóstwo
wynalazków powstało dzięki technice wojennej. Choćby komórka – ktoś wyobraża
sobie życie bez kieszonkowego aparaciku w tej dobie? Owszem, znam paru
oryginałów – i szanuję ich wybór – którzy wynalazek ten czniają (minorum
gentium), lub kontestują (arystokracja i do niej aspirujący). Acz dolary
przeciw orzechom stawiam, że wśród czytających teraz te moje produkcje nie
znajdzie się bodaj jedna osoba, która z aparaciku owego zmyślnego nie korzysta;
jako, że znani mi oryginałowie „nie-korzystający” olewają również Internet. He-he-he,
i tu was mam :->. Poproszę o przesłanie dolarów, orzechy pójdą zwrotnie
kurierem :-)
Pierwsze
„komórki” dane mi było zobaczyć w telewizyjnych reportażach z „Pustynnej
Burzy”, gdzie oficerowie w stopniu od kapitana wzwyż dzierżyli czasem krzepko
aparaty o rozmiarach przemysłowej suszarki do włosów, próbując je przyłożyć do
ucha – choć to się tak do końca nie dało, gdyż biceps wyrobiony dźwiganiem tego
grzmota uniemożliwiał nawet porządne uczesanie się, z powodu niemożności sięgnięcia
grzebieniem do skroni. Biceps przeszkadzał, a wystarczająco długich grzebieni
nie było w produkcji, ergo do ucha dystans był zbyt długi również dla
protoplasty telefonu komórkowego, w związku z czym oficerowie nosili na głowach
koafiury w stylu „Pustynny Jeż”. I tak zresztą podejrzewam, że obraz TV był
obcięty tak zmyślnie, by ukryć dwóch szeregowych podpierających danego oficera z
boku pod biodrem, by się nie wypierdolił pod ciężarem tych 15 kilogramów (z
czego 12 ważyła bateria, starczająca na 10 minut rozmowy).
Ergo
– komórka powstała dzięki wojnie, gdyż szybkość komunikacji na froncie to
podstawa. Jak sobie wyobrażę, co by było w 1939, gdybyśmy mieli komórki, to aż
mnie coś w dołku ściska… I wcale nie przedstawiam sobie przed oczami duszy
mojej kawalerii z mini-słuchawkami Bluetooth, zawracającej karnie linię bez
względu na bitewny zgiełk, tylko po prostu ciężki wpierdol, który dostałyby
szkopy, a i pewnie wschodnią nawałę dałoby się powstrzymać. I po dziś zatrzymalibyśmy
Lwów i Wilno, a Wrocław, Szczecin i Mazury i tak byłyby nasze. Żal dupę
najzupełniej serio ściska – i nazywajcie mnie szowinistą, mam na to wyjebane.
Wolny w końcu, kurwa, jestem, tak? TAK. A i pierwszy września mieliśmy niedawno,
więc tym bardziej w czas się wkomponowuję.
Wracając do leitmotivu: Czy
warto/należy i można zabronić „nie”? Jako słowa i postawy? Postawy nieuchronnie
prowadzącej do konfliktu?... Konfliktu bez wątpienia przynoszącego nową
wartość, niechby i tworzącego pierdowy napęd na Księżyc?... Konfliktu
niekoniecznie ZAWSZE niosącego śmierć i krzywdę, ale twórczego, na zasadzie
zdrowej konkurencji? Maszyna Trurla z nieśmiertelnej Lemowskiej „Cyberiady”:
„chwilami wydawało się, że zamiast redukować, zmniejszać, wyrzucać, usuwać, unicestwiać
i odejmować - powiększa i dodaje, ponieważ zlikwidowała po kolei NIEsmak,
NIEpospolitość, NIEwiarę, NIEdosyt, NIEnasycenie i NIEmoc (…)”. Ktoś
powiedział, że tylko ten, kto mówi ”Nie!”, jest wolny. Melville bodajże, ale
pewien nie jestem.
Więc ja jestem wolnym Wolniakiem,
wolno mi (takie prywatne, aliteracyjne wu-wu-wu). Dopóki dowolna władza mnie
znowu nie przymknie za szerzenie niezdrowych miazmatów, gdyż: „Rześko mi,
dziarsko, wesoło się trzymać!” (znowu Lem) wydaje się obowiązywać jako hasło na
dziś, od lat paru, albo parunastu.
I
niech sobie doktryna taka obowiązuje; sikam na to moczem moim złocistym jak
radzieckie pierścionki. Pewnie do niej jeszcze nieraz nawiążę.
Z
gatunku wieści osobistych i ploteczek:
Kalasanty,
ogarnąwszy chałupę, i skonstatowawszy, że płynność finansowa powróciła
bezboleśnie – wychodzi na to, że chyba na moje usługi jest nadal popyt, czyli
klienci sądzą, że jestem dobry (i tak trzymać, kochani!) – doszedł do wniosku,
że trzeba dać komuś zarobić.
Co
prawda nie boję się ani pralki, ani żelazka, ani mopa/ściery/gąbki/szczotki
oraz różnych innych wynalazków porządkowych, których tzw. prawdziwi macho boją
się podobno jak pobierania krwi albo wizyty u dentysty (ja chyba jebnięty jakiś
jestem, bo żadne z powyższych mnie specjalnie nie onieśmiela), acz
stwierdziłem, że obrabianie megów zajmuje mi ładnych parę godzin dziennie, piwa
trzeba się iść napić i na niebo się pogapić – wobec czego prace porządkowe
zaczynają zalegać odłogiem, a nawet ugorem płaskim a smrodliwym leżeć. Intelektualista
pracuje, psy srają pod oknami, ktoś młotem pneumatycznym napierdala, i trzeba
wyjść się wyrelaksić, a nie na szmacie jechać. A stawki za megi pozwalają mi na
wynajęcie gosposi tak zwanej, na zasadzie: moje 2 godziny pracy, jej miesięczne
wynagrodzenie. Uczciwe, o ile gosposia się zgodzi.
Zgodziła
się.
Zgodziła
się sąsiadka z bloku, która blisko znała moją śp. mamę, i objaśniła mi do czego
służą poszczególne klucze (odkryłem, że mam piwnicę! Zajętą głównie przez
pająki, 2 metry kwadratowe
wszystkiego, ale niech będzie), i do kogo dzwonić, gdy zjebie się winda,
ogrzewanie, albo którą szafkę otworzyć na klatce, gdy korki wywalą. Pani
sąsiadka ma na imię Ania (oczywiście, że imię nieprawdziwe na potrzeby bloga, a
co. No dobra – Petronela się więc naprawdę zwie; postanowiłem, że będę ją zwał
Pecią).
I
pani Ania-Pecia od tygodnia odkurza mój metraż, prasuje moje ineksprymable i
pucuje okna. I żąda za to 50% stawki normalnie obowiązującej na popularnych
portalach ogłoszeniowych. I przynosi mi ciasta (!); tzn. przyniosła raz sernik,
który sama upiekła, a przyszła dwa razy – czyli w 50% dała mi bonus
gastronomiczny, i bierze dwa razy mniej za pracę. W wieku jest mniej więcej
moim, ergo niestara, wygląd do przyjęcia… Hm.
To
„hm” może następną razą opiszę w większej obfitości, bo może mam zwidy, że pani
Pecia nerwowo się chichra na mój widok, trzepocze rzęsami, i rumieni się na
jagodach. Może to mój jakiś zboczony chichr i trzepot, i projekcja pani Peci
pożądań, gdyż może prozaicznie i po prostu pożądać 50% stawki godzinowej.
A
poza tym… ceterum censeo… że brak przycisku „nie lubię” na fejsie jest
zaprzeczeniem wolności do lubienia „Nie”. Choć Cukierberg, jako właściciel, ma
święte prawo/wolność do takiej formy wolności ograniczania.
Do
przemyślenia Czytelnikom powyższe pozostawiam.
Czym jest wolniakizm - Vol. 2
Autor:
Unknown
on środa, 29 sierpnia 2012
/
Comments: (4)
Tja,
wolniakizm…
We
łbie mię się w sumie ostatnio strasznie popierdoliło. Jakieś filozofie, czym
jest wolność, i dlaczego nie może być absolutna; i dlaczego w zamknięciu bywa
większa (np. jarasz pod celą bez obciachu, gdy celę dla palących wybierzesz, a
knajp wyłącznie dla palących już nie ma), a na wolności mniejsza (odwróć
poprzednią sytuację), i dlaczego nie wolno mi walnąć sąsiadowi klocka na
wycieraczkę, a jego pies wali mi swobodnie klocka pod oknem („Dzień świra” się
kłania)? Ja mam mniejsze prawa od psa?... Dlaczego popierdoleńcowi Breivikovi
„wolno” było strzelać do młodziaków, a młodziakom NIE WOLNO było posiadać
broni? Dlaczego Bryan Adams broni Cipko-Zbuntowane na Twitterze, bełkocząc, że
one tylko „chciały wyrazić swoją opinię”, a nie można powiedzieć że się kocha
Hitlera, owieczki i dziesięciolatów płci obojga? To, kurwa, nie jest opinia?...
Światopogląd, zapatrywanie, preferencja, jak zwał tak zwał?...
Albo,
że czarni śmierdzą (fakt, zapach potu Afrykanina jest przeważnie trudny dla
białego do zniesienia; może działa to w dwie strony, nie wiem), kobiety słabo
się spisują w grach intelektualnych typu brydż czy szachy – wystarczy poczytać
rankingi; za to czarni są genialni w sportach wytrzymałościowo-szybkościowych
typu koszykówka, czy biegi, a kobiety świetnie spisują się przy pracach
wymagających precyzji, uporządkowania, czy koncentracji, np. w laboratoriach.
To, statystycznie rzecz biorąc, są fakty. Acz dziwi mnie, że tylko jedna połowa
tych faktów jest dopuszczana i mile widziana w obiegu oficjalnym, bo druga jest
be. Wolno powiedzieć, że coś jest git, ale że przeciwieństwo tego czegoś nie
jest git (logiczne wszak do bólu), to bardzo NIE GIT. Taka pół-wolność
wypowiedzi, reglamentowana nieledwie.
Nie
wiem – może to wina tzw. „reso” (…cjalizacji, znaczy). Która jest śmieszna w
założeniu, a zwłaszcza i szczególnie w praktyce. Albo mamy ostry reżim – taki
jak na Monte, choć w sumie poza ciasnotą i jednorazową przygodą z pluskwami nie
mam się na co uskarżać, gdyż jedno, czy dwa mordobicia nawet wzmianki są
niewarte; w podstawówce się częściej napierdalałem; gęba nie szklanka, zęby nie
kieliszki, jak mówią. Albo mamy hotel dwu (i pół) gwiazdkowy, dla mordercy
przez 21 lat, proszę bardzo. Jak morderca się uprze – to wyjdzie po 10 latach,
kornie odgrywając nawróconą owieczkę, po czym powtórzy spektakl, tylko na
większą skalę, gotów jestem się założyć. Albo stwierdzi, że ma wyjebane, bo mu
państwo (czyli podatnik) funduje, będzie pisał książki, zarabiał dziesiątki
tysięcy koron, czy dolców, i pisał listy, by inni nieśli jego manifest w świat,
i pisał petycje, żeby go tam zostawili, bo nadal ma sny ociekające krwią, i
spektakl na pewno powtórzy, tylko na większą skalę. I kto tu kogo za łeb
chwycił, tak naprawdę?...
A
może by tak… sprywatyzować pierdle?... Ja wiem, że to brzmi groteskowo z punktu
widzenia takiego gościa jak ja – ale ja widziałem osobników, którzy olewali
system koncertowo, wysysając z niego ile się dało, a Breivik jest tego
ukoronowaniem, patrz wyżej. Chuj z tym, za co, i dlaczego mnie przymknęli i
wypuścili, koszta własne (szczegółowe info dostępne na blogu, tym i poprzednim).
Przełknięte, przetrawione i wysrane. Ale uważam, że więźniowie powinni
pracować. Na swoje utrzymanie. I np. odśnieżać/zamiatać drogi, co normalnie kosztuje
grube setki tysięcy z naszych kieszeni, choć chudsze tysiące przecież łacno mogłyby
być. Z mojej też; z kieszeni podatnika. Bo strasznie mnie się perspektywa
zmieniła, odkąd się podatnikiem na powrót, i w pewnym sensie niestety, stałem.
A i nie miałbym nic przeciwko temu, by jako „zetka” zaiwaniać piórem po
miejskich i podmiejskich pawimentach, niechby za te 2 złote brutto za godzinę –
a klawisze i tak mają płatne za dniówkę, co im tam. Dobra – paliwo, ale i tak
się powinno opłacać. Zresztą – co ja tam wiem?...
Żeby
zmienić temat i przestać truć:
Zaprzyjaźniam
się powoli z otoczeniem mojego miejsca rezydencji. No, z tą przyjaźnią to może
deczko przegiąłem, ale takie miękkie wtapianie się postępuje coraz sprawniej.
Nikt z sąsiadów nie chowa na mój widok dziecka pod spódnicę (chowanie pod
spodnie to byłby czad, swoją drogą), szepcząc: „Nie patrz na pana, on był w
więzieniu!” (pewnie, mógłbym jeszcze bachora zarazić kratofluenzą, albo czymś
gorszym), gdyż nie wiedzą – i w sumie dobrze. Nie pamiętam, czy o tym wspominałem,
ale człek wypuszczony „na wolkę” bywa karany PO RAZ DRUGI. Ostracyzmem.
Niemożnością podjęcia pracy, no bo jak to, panie, będę degenerata zatrudniał,
jeszcze mi życie, majątek i cnota małżonki miłe, tfu, kysz i apage! No więc nie wiedzą, kropka i szlus, i nie ma
tematu. Z czego taki eks-bandzior ma się utrzymać, to ich nie interesuje.
Pewnie ma zacząć na powrót kraść, potem za kratki na abarot, zaś ja, podatnik,
go utrzymam. Pięknie, aż chuj mięknie.
Tak
czy siak: jedną z form zaprzyjaźniania/miękkiego wtapiania się są moje wizyty w
lokalnym sklepiku, gdzie rano kupuję waciki, w południe serek topiony, zaś pod
wieczór tanie wina i gumy miętowe (do żucia), by się z rana nie zabić własnym oddechem
po tanich winach spożytych wieczora poprzedniego. Pracują tam same niewiasty, a
i szef też jest szefową, czyli kobietą również jak najbardziej. Sam przybytek
to wolnostojąca buda w formie baraku, która to forma architektoniczna nie jest
wcale tak rzadka na polskich blokowiskach. W stosunku do niewiast sklepowych
wypróbowałem kilka technik, począwszy od rozanielenia facjaty („everybody’s
friend”; to świeżo po wyjściu, gdy nawet fundamenty baraku się do mnie
uśmiechały), a na spojrzeniu wołowym, z jednym okiem H. Bogarta, a drugim B. Lindy
skończywszy. Żadna technika nie zadziałała, ergo żadnej ze sklepowych nie
przeleciałem… Acz trzeba oddać sprawiedliwość, że niekoniecznie chciałbym.
Sklepowych
niewiast jest cztery. Ania o marchewkowych włosach, lat 20 z lekkim plusikiem;
ujdzie. Zmiennokolorystyczna (na głowie) Basia, 30+, o postawie zdecydowanie
niezdecydowanej. I nie wiem na co niezdecydowaną jest, acz cycek spod bluzki
przejawia foremny. Drugi zresztą cycek też; i jeszcze majtki z uzdą nosi, które
się jej spod spodni wydostają, gdy towar na dolnych półkach układa, a czy o tym
wie, to nie wiem. Joasia, z twarzy niepodobna zupełnie do nikogo, i w ciąży
średniozaawansowanej. I wreszcie Gruba Kaśka… Ania, Basia, Asia, Kasia. Tronf,
tronf, Ola, Misia, Cela… Cela?!!! Dobra, wyluz ;-)
Gruba
Kaśka mnie zachwyciła. Ulubiłem sobie otóż maślankę konecką (producent OSP
Końskie – tu miejsce na zapłatę za reklamę). I raz tej maślanki nie było. I
drugi, i trzeci. Molestuję więc Grubą Kaśkę:
„Pani,
pani mi sprowadzi maślankę "końską”, albowiem wielce w niej zagustował!”
(cały
czas chodzi mi o maślankę konecką, z miejscowości Końskie. W dawnym Kieleckiem)
„Dobrze,
jutro dzwonię do hurtowni, nasz klient nasz per-pan!”
Mijają
2-3 dni. Końskiej maślanki w sklepowej lodówce ni chujenki. Trafiam Kaśkę na
zmianie:
„Co
tam z moją maślanką?”
„No,
panie, dzwoniłam – ale przysięgali mi się, że maślanki od konia to nigdy na
stanie nie mieli!...”
O
kurwa.
O
tempora. O mores. O facepalm. Perkele, jak mawiają małomówni Finowie w stanie
najwyższego wzburzenia.
Odkręciłem
żart – ale ile dyplomacji mnie to kosztowało!... Gruba Kaśka się na szczęście
nie obraziła (dyplomacja polega np. na tym, że gdy komuś powiesz „spierdalaj!”,
to poczuje podniecenie na myśl o zbliżającej się podróży), i biały strumień
maślanki zmieszanej z kefirem leczy me zniszczone tanimi winami wątpia w te
poranki, w które go potrzebuję…
Cholera,
chyba się na wódkę przerzucę. Tanie wino kosztuje trzy dychy, a gorzałka
dwadzieścia coś, i lepiej poniewiera. Ja chyba jednak za bardzo straciłem
kontakt z rzeczywistością…
