Zwerbowałem
wreszcie nową gosposię.
A
ściślej, wygrzebałem ją w Sieci. Gosposia wirtualna raz, proszę bardzo – po
czym okazuje się osobą krwistą i kościstą jak najbardziej; kocham XXI stulecie.
Acz nie pod wszystkimi względami, naturalnie.
Gosposia
ma na imię Maria (oczywiście na potrzeby bloga, gdyż faktycznie nazywa się
Hermenegilda), lat 50 z legutkim haczykiem, o twarzy przypominającej
uśmiechniętego radośnie kartofelka w masełku. Czyli kojarzy się i radośnie, i
smakowicie. Stawka bez bandytyzmu, przełknąłem, i wskazałem zakres obowiązków.
Po
pierwszej wizycie okazało się, że pani Maria o dziwo nie próbuje układać mi
książek w kredensie, czy przenosić naczyń do szuflad biurka – znaczy,
kompetentna, dbała i nie roztargniona, co się chwali. Po prasowaniu składa
ciuchy w bardzo foremną kosteczkę, akurat pasowną do mojej szafki, itepe,
itede, czyli prawie ideał.
„Prawie”
czyni jednakowóż różnicę – skąd ci goście z Żywca wygrzebali tych copywriterów,
z Izraela?...
Otóż
pani Maria GADA.
„Dzień
dobry, panie Kalasanty, niech będzie pochwa Lony, ale pan ma fajną koszulę!...
Już, już się rozbieram…”
WTF?
Aha, idzie do łazienki założyć roboczy ancug. Uff. I kto to ta Lona?
„To
jak panu minął tydzień? Ja byłam u sąsiadki dzieci dopilnować, wie pan, u tej
Wójcikowej spod czwórki…”
Jasne,
wiem. Któż nie zna Wójcikowej spod czwórki?
„No
i strasznie te bachory rozwydrzone, ja nie wiem, na co ten świat schodzi…”
Na
psy, a na co niby?
„A
powiem panu, że mój stary to nic, tylko by z kumplami w knajpie przesiadywał,
odkąd na rentę przeszedł, a na mnie to nawet nie spojrzy!...” I pani Maria
wdycha, że aż pierś jej się wydyma, jak nie przymierzając bombramsztaksel na
„Darze Młodzieży” na ten przykład. Tja, chyba czuję, o jakie „spoglądanie”
chodzi…
W
sumie spoglądanie na uśmiechniętego kartofelka w masełku to nic złego,
zwłaszcza, gdy sobie wyobrazić, jak ten kartofelek mógłby wyglądać podczas
zapasów w pościeli. Ale – czy podczas tych zapasów ona przypadkiem TEŻ nie
gada?...
Podobno
ostatnio przeprowadzono jakąś ankietę, pytając facetów, jakie mają odczucia
podczas seksu oralnego w formie fellatio, nie cunningulus (w Wiki, kurwa,
sprawdzić, jak ktoś nie ogarnia). I podobno 5% facetów opowiedziało, że to
„boskie, nieporównywalne z niczym innym uczucie”; kolejne 5%, że „poczucie
grzechu, ale przyjemność taka, że grzechu warta”, zaś u pozostałych 90%
pierwszą myślą było: „Ja pierdolę, jaka cisza w domu!...”
No
nic. Marysia sympatyczna, robotna i niedroga, ale moje mroczne, zamknięte w
sobie i milczące ego zdecydowało, że na czas konserwacji powierzchni płaskich w
mojej rezydencji będę wychodził. Przecież nie zaknebluję zacnej skądinąd
kobieciny, choćby dlatego, że już sobie wyobrażam, ile miałaby jeszcze do
powiedzenia, zanim ten knebel wreszcie udałoby się mi jej wcisnąć.
Ponieważ
godziny pracy Marysi nie pokrywają się z godzinami otwarcia pubu „Patologia”,
miałem z początku pewien dylemat. Co, na spacer mam pójść, czy co? Acz los
zesłał mi niespodziewaną opcję.
Opcją
okazał się hotel położony w mojej dzielni, którego wcześniej nie miałem okazji
zwiedzić, bo niby i po co, skoro własne łoże posiadam, i cudzołóstwo mi
niepotrzebne. I mój niezrównany intelekt podpowiedział mi, że skoro jest hotel,
to i bar w hotelu być musi, nawet sam Arystoteles by nie zaprzeczył. Bar był (i
jest do dziś), i ma tę cudowną zaletę, że można sobie w nim bez żenady zajarać!
Gdyż jest pomieszczeniem osobnym, z oddzielnym wejściem i wentylacją, co
spełnia ograniczenia wynikające z ustawy antynikotynowej, a strefą dla
niepalących jest restauracja. Nooo, taki wypas to mi leży, nie powiem.
Postanowiłem, że będę zdradzał „Patologię”, gdzie jarać można tylko w ogródku,
a jesień idzie, i nie ma na to rady, jak śpiewali Małgosia Z. i Olek G.
W
hotelu podają też dobrą michę, w cenach znośnych, a nawet nieproporcjonalnie
niskich w stosunku do jakości, co też nie martwi. W hallu, zwanym obecnie
modniej „lobby” (zamienił stryjek siekierkę na kijek) jest gazetnik, z którego
bez żenady czerpię, i z którego zaczerpnąłem ostatnio „Przekrój” zjechany w poprzednim
moim poście. No to co było zrobić – sięgam ponownie po „Przekrój”, może znów
coś śmiesznego wysmażyli?
Wysmażyli,
a jakże; ostrzegałem, że pamfletów pisanie może mi się spodobać. Otóż jeden z dyżurnych
złotoustych napisał felieton pt.: „Kwiatek albo wpierdol”. Poszło o kampanię
reklamową paszteciarskiej firmy „Profi”. Złotousty powybrzydzał najpierw, że w
logo jest uśmiechnięty kogut, a on mięso co prawda żre, ale zamyka świadomość w
kwestii tego, że spożywa zwłoki, i to przypomnienie, że te zwłoki kiedyś żyły,
jakoś go uwiera w sumienie. Chyba ten uśmiech mu jakoś nie pasił; wysnułem więc
wniosek, że dla niego kogutek powinien mieć wbity toporek rzeźnicki w szyję, w
oczach obłęd i srać pod siebie. Albo logo powinno mieć postać dziadzia z wąsami
i w okularach, jak to sprytnie wymyśliła jedna żyjąca ze sprzedaży jadalnych
kurzych zwłok korporacja – nie wiem. Ale potem złotousty przechodzi do clou.
Otóż firma „Profi” (podam numer konta, skontaktujcie się, chłopaki) prowadzi
kampanię, gdzie centralnym punktem jest twarz kobiety, z boku wysuwa się ręka z
kwiatkiem, a hasło brzmi „bo zupa była prawdziwa”. Nawiązanie do niegdysiejszej
kampanii społecznej oczywiste, ale złotoustemu się kojarzy z tym, że… jak
kobieta ugotuje chujową zupę, to jest bijana, a jak dobrą, to kwiatkiem
obdarzana.
No
to mi skrzydła opadły jak płetwy na takie dictum. To co ty masz, chłopie, za
pasztetówkę we łbie?...
Oczywista,
że niektóre hasła/slogany reklamowe nawiązują do znanych wcześniej motywów;
„Ociec, prać?” – Sienkiewicz/Pollena 2000. To z czym kojarzyłoby się to
przekrojowemu felietoniście? Najpierw samcza kultura z kultem maczo
(Kiemlicze), a teraz kobieta ma zapierdalać z proszkiem, no nie? Tfu, seksizm i
obraza marksizmu.
A
przecież można optymistyczniej i pozytywniej. Poprzednia kampania piętnowała
jak najsłuszniej przemoc domową, czyli gud dżob, a obecna promuje wręczanie
kwiatków kobietom. Panie „przekrojowy” – a jak często pan wręczasz kwiatka
swojej kobiecie? Czy swojemu facetowi, żeby nie dyskryminować? A może kwiatek
to taka sama „obraza”, jak puszczanie kobiety przodem w drzwiach, czy
powiedzenie autentycznie miłego komplementu?
Lewactwo
jak nic nie ma większych zmartwień. Musi się zajmować różnymi niepokojącymi
zjawiskami, typu topnienie pokrywy lodowej w Arktyce, ale już tego, że w żadnym
ze światowych portów poziom wody nie podniósł się bodaj O CENTYMETR, do
wiadomości przyjmować nie chcą. Dobra, pal sześć, co się będę żołądkował…
Człowiek-urbanistyczny
robot pracuje, siedzi przed tym kompem, przegląda newsy i się wkurwia. A można
przecież inaczej. Można zaszyć się gdzieś w jakiejś górskiej chatynce, rąbać
drwa, oscypki wygniatać i turystki wyrywać na kolekcję juhaskich dzwoneczków.
Wolniej i zdrowiej. Ale póki mieszka się w mieście…
To
chyba jest sposób. Widziałem gościa, który wyglądał na szczęśliwego. Łaził po naszych
krakowskich Plantach, na plecach miał maszynę spalinową, a w ręce rurę, taką
ok. 1.5 m
długości, średnicy gdzieś 10-15
cm. I na plecach mu warczało, rura dmuchała, co
powodowało że liście z alejek karnie przemieszczały się z powrotem na trawnik,
gdzie ich miejsce, a w oczach miał błogość, gdyż równocześnie zarabiał. I
wyglądał na absolwenta filozofii, który wreszcie ma czas na przemyślenia bez
martwienia się o chlebuś z masełkiem i emeryturę. Postanowiłem poświęcić mu
skromny dwuwiersz:
Chodzi
chłop i dmucha. Dmucha chłop i chodzi:
„Dmucham
se w Krakowie, mógłbym dmuchać w Łodzi.”*
*Pamięci
Jana Kaczmarka. Ci, którzy mają zrozumieć, zrozumieją.

0 komentarzy:
Prześlij komentarz