Po raz pierwszy piszę pamflet. I może mi się to spodobać.



Uch. Ech. Uff… Ależ miałem tydzień…

Pracowity, znaczy. Agencje ABC i XYZ zasypały mnie zleceniami naprzemiennymi, i nawet wódki się nie było kiedy napić – co oznacza mucho dinero, i wcale mnie to nie martwi. Zaczynam przemyśliwać nawet o nawiązaniu delikatnej nici porozumienia z komornikiem (gdyż różne liczniki za kratą biją, i nie ma przeproś – płacić trzeba), a mam na razie w ręce ten atut, że komornik nie zna mojego miejsca pobytu, gdyż jeszcze się przezornie nie zameldowałem. Acz do członka spółdzielni aspiruję, z wyrachowania niespiesznie, oczywista płacąc rachunki regularnie i uczciwą walutą; już nie będę podrabiał banknotów – nawet jeśli z takich zarzutów mnie uniewinniono.

Naszło mię, by napisać mianowicie PAMFLET. Skojarzeniowo jakoś ten wyraz mieści mi się między sufletem, omletem a pantoflem, a więc przeważnie gastronomicznie, ale podobno jest to rozprawka krytyczna, czasem mylona z paszkwilem. Owszem, zamierzam podrwić krytycznie jako wolny Wolniak, gdyż w końcu profil mojego bloga zakłada mocne oka przymrużenie, a nawet o satyrę zahaczanie; wariatowi wszystko w końcu wolno, o jazdach niekontrolowanych uprzedzałem. Zapoznałeś się, czytelniku, z ulotką – a jak nie, to tym gorzej dla Ciebie.

Tak ogólnie de publicis zamiaruję podywagować, natchniony lekturą publikacji papierowych i elektronicznych. Na ten przykład elektroniczne media piszą otóż, że skazany, który zgubił dowód NIE MOŻE PÓJŚĆ DO WIĘZIENIA!!! Serio:


Jakby co, wykopcie Pasiaka i Wolniaka tamże, dzięki :)

O matko, gdybym był wiedział… Od dziś zostawiam dowód i paszport w domu, a z kartą się wytłumaczę, że ukradłem, i niech mnie Kalasanty Wolniak ściga z oskarżenia prywatnego, chłe, chłe.

Dobra, pamflet czas zacząć. Wpadło mi w łapy czerwone jak stalingradzka łuna czasopismo „Przekrój”. Na komuchów uczulenie mam od zawsze, jak każdy normalny obywatel, który łyknął PRL-u, a nie był beneficjentem tegoż. Moim skromnym oglądem lewicowcy dzielą się na: 1. naiwniaków, którzy wierzą w te bzdury; 2. szuje, które doskonale wiedzą, że to nie działa, ale zbijają kapitał na odwiecznym ludzkim pędzie do „jak zrobić, by się nie narobić, a zarobić”.

„Przekrój” to pismo, nie powiem, z tradycjami; kiedyś za komuny było takim małym okienkiem na świat, nawet korespondenta z Hollywood miało, szpas jak skurwysyn. Nazwa narodziła się dwojako, o ile wiem: raz, że chodziło o taki „przegląd” najciekawszych wydarzeń tygodnia, a dwa, że kartki magazynu trzeba było przecinać od góry nożem do papieru. Pamiętam taki drewniany nóż u mojej babci, nabyty bodaj w Cepelii (niewiedzący co to Cepelia zapraszam do Wiki). Przecinanie to miało zapewnić albo jakąś rozkosz będącą namiastką zabawy z bąbel-folią, albo obniżyć koszty, gdyż maszyna-przecinarka była za droga. Swoją drogą, jeśli chodziło faktycznie o kosztów obniżenie, to pomysł to stricte kapitalistyczny, za który by pewnie kogoś obwiesili, gdyby pomysłodawca był znany. Do dziś poniewierają się zresztą po życiu neo-luddyści, czyli osobnicy twierdzący, że robotyzacja zlikwiduje wszystkie miejsca pracy, a już na pewno ich większość. Tja, ciekawe, komu ci paskudni kapitaliści opchną te miliardy wyprodukowanych przez roboty artykułów, gdy 99% ludzi przez te same roboty nie będzie miało roboty?... Zostawiam do przemyślenia psychiatrom i co światlejszym ekonomistom.

A skoro już jesteśmy przy ekonomistach – w ostatnim numerze „Przekroju” produkuje się profesor ekonomii. Ekonomia to nauka aspirująca do miana ścisłej, choć element wróżbiarstwa, zwanego uczeniej prognozowaniem, skutecznie jej broni dostępu do kręgu tychże nauk. Wobec czego naukowcy-ekonomiści mogą snuć wizje dowolnie upajające, a maluczcy muszą słuchać, i przytakiwać, gdyż gówno wiedzą, a jak już profesor jakiś mówi, to w ogóle milcz, jak do mnie mówisz.

Ja co prawda milczę – ale napisać mogę. Opisać refleksje na temat myśli pana profesora, gdyż wariatowi wolno, blog ma charakter polemiczny i/lub satyryczny, a za „Przekrój” zapłaciłem, gdyż trzeba wiedzieć, co kombinują różne knuje po drugiej stronie barykady. Pan profesor pisze mniej więcej tak: „Obniżenie płac wymusza spadek cen, co zwiększa realną wartość długów”. WTF?!!! Z pierwszą częścią zgoda – ale to chyba dobrze, czyż nie? Czyli robotnik „wykorzystywany” w jednej fabryce, dajmy na to gaci, będzie mógł tanio kupić, dajmy na to kamasze, gdyż jego współbrat w niedoli jest również wykorzystywany przez kamaszy tego producenta, i vice versa. Ale co z tymi długami? Hm, i tu jest krzyż utknięty. Za cholerę nie widzę związku. To znaczy dostrzec mogę – że jak deflacja, to niby zobowiązania większe, gdyż cena ze 100 spada na 50, wynagrodzenie z 1000 na 500, a dług jak był 200, to zostaje 200. A w następnym zdaniu pan profesor pisze, że to inflacja długu (!). Deflacja napędza inflację. I nigdzie nie jest powiedziane, że ktokolwiek do zaciągnięcia długu został zmuszony pistoletem przystawionym do głowy.

Dobra, muszę pierdolnąć pięćdziesiątkę, bo nie rozkminię. Sorry, jednak setkę.

Dalej pisze nasz uczony, że podatki MUSZĄ być progresywne. Czyli – im więcej zarabiam, tym więcej płacę. Aha. To NA CHUJ mi więcej zarabiać? I chwileczkę – czy ja te wolne od podatku pieniądze będę pożerał, albo na nich spał? Nie – ja je zainwestuję, więc stworzę miejsca pracy, albo np. przepiję i wydam na nieopodatkowane dziwki, czyli skonsumuję i pośrednio miejsca pracy stworzę lub utrzymam istniejące. A kolejna księżycowa teza naukowca z Londynu (czyli oderwanego mocno od naszej rzeczywistości) to „wysoka efektywność podatków od majątku”. No, po chuju fest. Powiedzcie to ewentualnym, polskim płatnikom podatku katastralnego, oby jego pomysłodawca w piździe na żyletki trafił. Powiedzcie to biedakom, którzy mają swoją odziedziczoną ziemię, ale ledwo z niej wyżywają. Że grunt wart milion zet-eł opodatkowany zostanie 1% wartości rocznie, czyli 10.000, które taki biedak musi wypracować – a nie da rady, bo stareńki i schorowany. Albo samotnemu emerytowi, który ma mieszkanko warte 300.000, bo się go dorobił/wygrał w totka, a jemu nie starcza na leki. Zawsze podejrzewałem, że „sprawiedliwość społeczna” wyśniona przez czerwonych ma się do sprawiedliwości tak samo, jak krzesło do krzesła elektrycznego.

I pan profesor, gdyby brał udział w tej dyskusji, pewnie zarzuciłby mi, żem klarnet bosy, ciul niemyty i ciemna masa, bo nie znam prawa Hocque’a-Clocque’a o trywialnościach, i zarzuciłby mnie masą danych liczbowych, a nawet się tyłem na mnie wypiął i z pokoju wyszedł, fucząc gniewnie. Nie mam nic do człowieka, nawet poczciwie mu z oczu na zdjęciu patrzy, więc pewnie lewicowiec to z gatunku ideowych – ale niech nie wciska czytelnikowi ciemnot z powagą równą Einsteinom, gdyż gdyby był jakiś przepis na uniwersalny dobrobyt ekonomiczny, to pewnie by go gdzieś już wdrożono. Choć z drugiej strony ktoś powiedział, że „człowiek działa racjonalnie, gdy zawiodą wszystkie inne metody” – niegłupie, pewnie limitu nieracjonalnych rozwiązań ekonomicznych jeszcze nie wyczerpano.

Z kolei naczelny „Przekroju”, p. Kurkiewicz, ma jazdę we wstępniaku taką, jakby coś mocno stężonego zaćpał, i naczytał się Hołuja na dodatek. Pisze, że „A może by tak (…) bardziej indywidualistycznie mniej kolektywnie (…)?” Oho, herezja. „Może by lepiej, więcej, taniej, szybciej”? To z pozycji stachanowskich, czy może ze zgniło-kapitalistycznych? Na szczęście na koniec pisze, że może jednak nie. Znaczy, substancja się ulotniła, autor doszedł do siebie. Ale żeby to tak publicznie? Może by jednak dyskretniej?...

Pal sześć. Żeby nie było, ze „Przekrój” to same miazmaty, odwołam się do artykułu „branżowego”, mianowicie o opiece zdrowotnej w pierdlach. Że w chuja strasznie walą, że chorych gnębią, bo to wyrzutki etc. I tu słuszność przyznam – o tyle, że jako pacjenta traktują więźnia nader często jak szmatę. Ba, aresztanta, który z założenia jest NIEWINNY. Pierdel nie ma być luksusową instytucją wypoczynkową, o czym pisałem wcześniej, ale skoro zapewniają opiekę, to niech się, do kurwy nędzy, wywiązują! Gdyż patologie tamtejsze są niezłym odzwierciedleniem naszego systemu „sprawiedliwości” – większość udaje, że coś robi, cała machina kolebie się, trzeszczy na zakrętach, i co jakiś czas kogoś miażdży kołami, a kierowcę można pocałować w dupę, gdyż jest jeden, i bez niego ten bardak na kółkach runie w przepaść. A jak go zastąpią, to i tak jego następca egzamin na prawo jazdy zdawał w tym samym ośrodku, co poprzednik.

Co pozostawiam Wam niniejszym do przemyślenia.

0 komentarzy:

Prześlij komentarz