Będę w prasie! Plus coś smacznego na deser.



Cholera, zaszczyt mnie niezły kopnął. Redaktorstwo CKM, bodaj najpopularniejszego za kratą miesięcznika dla samców, uznało, że moje popiskiwania zza kraty (a obecnie już z drugiej jej strony), szumnie zwane blogiem, okazały się warte pokazania światu. A tak konkretniej, to poproszono mnie, bym upichcił „dekalog świeżaka”, czyli objaśnił w 10 punktach, co ma zrobić ze swoją rozdygotaną osobą człek niespodziewanie (gdyż aresztowania spodziewane są sporą rzadkością) aresztowany, gdy już znajdzie się w AŚ (Areszt Śledczy, czyli pierdel-poczekalnia dla póki-co-niewinnych, którzy mają pecha jak Marcin P., a nie mają tyle szczęścia, co Olga J.).

I co Wolniak, zresocjalizowany, z sumieniem czystym jak dziewczę po kąpieli, ma zrobić?...

Wprowadzić się w nastrój.

POSZŁEM więc do łazienki. Jak już wcześniej tłumaczyłem, formę „poszedłem" stosuje się do dalszych odległości, a „poszłem” gdy jest blisko.

Spojrzałem w lustro.

I zacząłem myśleć mocno hardkorowo, i patrzeć sobie w facjatę, szukając natchnienia. Tak po knajacku, i w ogóle krwiożerczo i przeszłościowo.

I źrenice mię się zwęziły, warga się podniosła jednostronnie jak u Elvisa, z tą różnicą, że spode wargi gulgot się zaczął wydobywać, jak z dobermaniego gardła. Nieźle, kurwa. Jedziemy z tym przewodnikiem. Albo dekalogiem, jak zwal, tak zwał.

  1. Załóżmy, że jesteś, świeżaku, już po „dołku”, czyli tzw. zatrzymaniu na 48 h. Transportują cię więc do AŚ, który od ZK (Zakład Karny) się tym różni, że w AŚ jest bardziej przejebane, choć lokalizacja często ta sama, patrz krakowskie „Monte”. Rejestracja w recepcji, podpisy, zdajesz niedozwolone części majątku ruchomego typu komórka i nóż sprężynowy i kasę, bla-bla, nie ma się co srać. Keep cool.
  2. Idziesz do magazynu, gdzie ci wydają „kadzienki”,...

Ciąg dalszy tekstu w CKM-ie nr 11 lub 12, ergo: kupujcie, ludziska!!! No co – oni mi reklamę bloga zamieszczą, to ja ich też wychwalam. Aha, tak przy okazji dowiedziałem się jeszcze, że jestem na Wikipedii!


No, no, Kalasanty staje się powoli osobą publiczną, może rząd mnie zaprosi na jakiegoś eksperta ds. penitencjarnych, kto wie? Oczywiście w takiej sytuacji odpowiem rządowi, gdzie się mają pocałować.

Uwaga – kącik kulinarny:

Moje prywatne odkrywanie świata na nowo obejmuje wiele aspektów; technologiczny – gdzie odkryłem grę, w której wyrazy twarzy bohaterów zmieniają się zależnie od postępu dialogu (jakaś detektywistyczna przygodówka, nie pamiętam tytułu), społeczny – gdzie zgłębiam różnice między piciem towarzyskim a piciem do lustra, cielesny – gdzie przypominam sobie, że ćwiczenia to nie tylko ping-pong i pompki, ale też rower i rolki, a także czym się różnią chłopcy od dziewczynek, i wreszcie kulinarny.

Co do tego ostatniego – to co prawda w pierdlowej kantynie można było nabyć sporo różnych dóbr, ale pole manewru było w zakresie gotowania ograniczone, skoro jedynym sprzętem był czajnik; trzeba było zapomnieć o stekach i podobnych frykasach. Oczywista nadrobiłem to po wyjściu; pożerałem steki, chińszczyznę, pizze, chłopskie jadło i różne takie et caetery jak szalony w pierwszych dniach, co różne sensacje powodowało, na przykład wtedy, gdy sobie ubzdurałem śledzia z marmoladą, albo miód z boczkiem. Jednym z najlepszych spróbowanych przeze mnie w owych dniach dań była sola w szpinaku; drugie zaszczytne miejsce miała sałatka z grillowanym tuńczykiem, który smakował jak wołowina – pożarłem trzema szczęk kłapnięciami. Ech… to było prawie jak pierwszy seks. Żal dupę ściska, a łzy po nogach ciekną…

Ale przejdźmy do meritum mego odkrycia kulinarnego (uwaga! nielubiący brokułów nie czytać!). Przepis jest prosty jak na „bułkę po polsku” Andrzeja Mleczki: 1. Kupujemy bułkę; 2. Szybko ją wpierdalamy, żeby inni nam nie zabrali, więc nawet najgorsza kuchenna kaciała jest w stanie się z nim uporać.

Brokuły łaziły za mną od dłuższego czasu, aż nabrałem niezdrowego nawyku oglądania się przez lewe ramię. Postanowiłem więc temu położyć kres; jeszcze jakiejś wego-fobii się nabawię. Naturalnie w sklepiku u Kasi-Ani-Basi-Asi świeżych brokułów nie uświadczysz – ale są mrożone. Raz warzywu śmierć, biorę. PACZĘ ci ja na obsługi instrukcję i oczy przecieram: można przyrządzić w mikrofali (!). Chuj, najwyżej wyrzucę, jak będzie niedobre, broccoli chodzą po czy-pińdziesiąt. Otóż: broccoli wsypujemy do żaroodpornego naczynia z pokrywą, dodajemy jedną (!) łyżkę stołową wody, i ustawiamy mikrofalę na 8 minut przy 800 watach. A efekt?...

BOSKIE!!! Idealne, jak świeże brokuły z pary!!! Chrupiące, sprężyste – to mikrofala tak TEŻ ma?!... Eppur si muove, heureka!...

A do tego dosypujemy parmezanu ze startą gorgonzolą, „piasku” (czyli bułeczki tartej na maśle) i posypujemy białym pieprzem. Spożywamy ze świeżą bagietką z masełkiem.

Na koniec zwierzę się Wam w tajemnicy, że właśnie to danie, zaserwowane jako kolacja, zapewniło mi śniadanie z dziewczęciem gotowym na wszystko. Dania tego spieprzyć się nie da, a więc: mikrofale w dłoń, panowie!... Efekty swoich podbojów możecie opisywać w komentarzach do bloga.

Smacznego!

4 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Panie Kalasanty kochany, czyś Pan własny tekst zmodyfikował o wołającą o pomstę do nieba słabej jakości reklamę? Czy kontrakt z szanowną redakcją tak przewidywał? To jeszczem w stanie zrozumieć. Poza tym zniesmaczeniem pozdrawiam oraz twórczość wspieram regularnym odczytywaniem. Pozostając z.. i inne wyrazy. P.

Unknown pisze...

Pani/e P. kochany/a,

"Wszystko drożeje, a żyć trzeba", jak mawiała pewna czarodziejka. Istotnie, zmodyfikowałem treść wpisu na prośbę CKM-u, na zachętę; całość przywrócę po ukazaniu się numeru. Układ taki, by obydwie strony mogły skorzystać. Tyle tytułem objaśnienia, bo tłumaczyć się nie mam zamiaru. Nieustająco zapraszam do odwiedzin, i pozdrawiam.

Anonimowy pisze...

Panie Kalasanty kochany, nie wzburzaj się Pan. Taka cena sławy żeś Pan jednak po części nasza współwłasność intelektualna. To i czujnym trzeba być. A tym co nie zdążyli przeczytać, CKM-u nie kupują, a cierpliwością nie grzeszą, polecam subscribe, będą na bieżąco. Pozdrawiam, P. (pani)

Unknown pisze...

Droga Pani P.,

Nie obruszam się, za respons dziękuję :)

A z rozwinięciem wpisu niestety poczekam - pacta sunt servanda, co zrobić...

Pozdrawiam, K.W.

Prześlij komentarz