A następnego, wolnościowego już ranka….
Następnego ranka przebudzenie
było zaiste inspirujące. We łbie solidny ładunek trocin i olbrzymi krasnoludek
spacerujący bezlitośnie po mojej czaszce w żelaznych kapciach, a w jamie
gębowej smak, przy którym wnętrze żołnierskiego buta po dwudniowych zajęciach
na poligonie kojarzy się w sumie całkiem pozytywnie. Łypiąc jednym przekrwionym
ślepiem w poszukiwaniu czegoś do picia (drugie za cholerę nie dało się
rozkleić), doszedłem do wniosku, ze poprzedniego wieczoru musiałem się
zbombardować do spodu. Trochę mnie to zdziwiło, gdyż niczego takiego nie
pamiętałem, ale gdy ocalałe szare komórki powskakiwały na swoje miejsca,
skonstatowałem, że jednak nie ma w tym sprzeczności.
W łazience, po oddaniu długiego długu
naturze, spojrzałem w lustro nad umywalką. Mruknąwszy: „Nie znam cię, kurwa,
facet, ale cię ogolę!” przystąpiłem do czynności ablucyjnych wokół facjaty, po
czym prysznic, i gigantyczne zdziwko, że woda nie wyłącza się automatycznie po
10 minutach. Zdziwków zresztą czeka na świeżego wolnościowca o wiele więcej...
Na przykład trzeba przezwyciężyć odruch
automatycznego zakręcania po przejściu ok. 10-15 metrów. No, stopy się
tak układają po prostu i śmiesznie to wygląda, a nawet zagrozić może życiu i zdrowiu,
gdyby ktoś odruchem wiedziony zstąpił z chodnika na asfalt ulicy. Nie zstąpiłem,
choć stopy ciągnęły, ale postanowiłem się zjawisku postawić, w wyniku czemu
stanąłem w miejscu, mając wrażenie, że buty usilnie ciągną mnie w bok. Kawałek
skóry, a zapamiętał nawyki ze spacerniaka! Muszę to z kimś skonsultować, ale
nawet nie wiem, jakiego specjalisty szukać. Pal to na razie sześć; porady od
znawców psychologii obuwia mile widziane.
Drugim zdziwkiem jest myśl: ALE
TU, KURWA, PIĘKNIE!!! Świat się do człeka uśmiecha, przez co pewnie wyglądałem
jak aspirujący pensjonariusz zakładu dla obłąkanych, oczekujący, kiedy go
przyjmą na leczenie za śmianie się do otoczenia jak cielę do sera, czy jakoś
tak. Uśmiechają się drzewa i kamienice, autobusy (i ich kierowcy), chmury (i
ich kierowcy), płytki chodnika i dziury w drodze; te ostatnie szczególnie
szeroko, ale jakże uroczo! Policjanci… no dobra, uśmiechają się raczej poziomym
układem ust, ale trochę jakby też. Witajcie w świecie bezpłatnego, naturalnego
i niekaralnego LSD – zaś a propos: czy ktoś wie, jaka jest substancja aktywna w
„kwasie”, i czy jej uaktywnienie musi zostać okupione kilkuletnim pobytem za
kratami? I nie pieprzyć mi tu proszę o endorfinach i dopaminach – ale może by
tak zsyntetyzować pigułę z esencją np. „odciętego od stryczka”, i sprzedawać
legalnie za ciężką kasę? Prozac wysiada, a my będziemy bogaci – czyli
potencjalny wspólnik i ja. Wynalazców uprasza się o kontakt.
Gwoli zachowania kolejności
wydarzeń: wypuścili mnie z ZK Montelupich (tak, jest tam mały oddział karny), a
ponieważ miałem nadal dość częste rozprawy w Krakowie w mojej „głównej” sprawie,
nie zdecydowano się na zwyczajowe przewiezienie mnie do Tarnowa, gdzie
spacerniaki podobnież rozległe i bardziej zielone, oferta kulturalna szersza, a
porcje maryśki 2 x większe (kto nie wie, co to maryśka, niech przestudiuje
uważniej blog Pasiaka) – i tak pozbawiono mnie możliwości podróży niedawno
padłymi liniami OLT Express z podwójną dawką abstrakcji, gdyż w kajdankach. Po
wypuszczeniu, gdy już cielęco się pozachwycałem drzewami, kamienicami,
autobusami itp., nabyłem w pobliskim kiosku, wyjątkowo drogą kupna, kartę
telefoniczną, i zadzwoniłem do Beaty C., która tak uroczo się do mnie
uśmiechała na rozprawie. Bez skojarzeń proszę – z Beatą znamy się od
podstawówki, a ona sama od lat żona mężowi. Męża co prawda nie było (wyjazd
służbowy), Beata więc słomianowdowiła, ale zaoferowała whisky z colą, a na
prośbę o możliwość skorzystania z prysznica zareagowała pozytywnie. Hm, w sumie
wychodzi na to, że odwiedziłem samotną kobietę, która poczęstowała alkoholem
niezaspokojonego od dłuższego czasu samca, zgodziła się na moją nagość na jej
metrażu, po czym słuchała moich zwierzeń, od czasu do czasu przytakując, lub
wydając zdławione okrzyki typu: „Ojej!”, „Ach!” i „No co ty!” (dobra – „O,
kurwa!” i „Nie pierdol!” były znacznie
częstsze) – I NIC. Ale jakoś tak mam, że nie upajam się cudzym winem. Nazwijcie
mnie frajerem, nie dbam o to.
Po odświeżeniu udałem się do
mieszkania po mojej niedawno zmarłej mamie, które z mocy prawa zająłem.
Szczęściem mój przyjaciel zaopiekował się w międzyczasie lokum, wobec czego nie
musiałem się włamywać, odplombowywać mediów, czy wypalać miotaczem płomieni
zaległego robactwa – zastałem w miarę zadbane mieszkanko, które po kilku
przeróbkach będzie jak znalazł. Nawet mam tu sieć i dość przechodzony komp;
dzięki, mój drogi M. :) Nie chcę wiedzieć, ile razy wykorzystałeś maminą kanapę
do… oglądania telewizji. Zresztą jak pisał Sztaudynger:
„Gdyby kanapa potrafiła gadać,
Któż by się zgodził na kanapie
siadać?”
A w pobliżu nadzwyczaj szybko znalazłem
knajpkę. Osiedlową taką, gdzie bania kosztuje jedyne pięć złociszów. I barman
był sympatyczniejszy z każdą kolejką (a nie o każdym barmanie można to
powiedzieć). A potem udałem się w drogę powrotną, choć chodnik był potwornie
krzywy, i działał skurwysyn przeciw mnie; wiatr potworny wiał mi w ryj i w dupę
równocześnie, i buty się zrobiły strasznie czemuś ciasne – więc nic dziwnego,
że mój powrót przypominał taniec świętego Wita. Żywioły się sprzysięgły
przeciwko mnie, w tym żywioł buciany, już po raz drugi tego dnia.
A na koniec – ponieważ POSZŁEM
skrótem (Word, nie wpierdalaj się z korektą: „poszłem” znaczy krótszą drogą,
„poszedłem” znaczy dłuższą, OK?) przez wydeptaną wśród krzaków ścieżynę,
postanowiłem sobie ulżyć pod gwiazdami. Znaczy, oddać płyny, które wynająłem
(piwa i pochodnych się nie kupuje, tylko wynajmuje). I gdym się tak zachwycał
nieboskłonem (i jego kierowcą, rzecz jasna), spod stóp mych obutych rozległo
się gniewne fuczenie, i szmyrgnęło stamtąd mocno ciemne i najeżone coś,
gniewnie tupiąc w zadziwiająco szybkim tempie, i spierdoliło w bliżej nieznanym
mi kierunku, najwyraźniej obrażone niespodziewanym prysznicem o niekoniecznie
ulubionym dlań składzie chemicznym.
Dotarłem jakoś do kwatery, po
czym się obudziłem… i patrz znów początek wpisu :-)

4 komentarzy:
Dobra mistrzu... Jako ze 1,5 roku czekałem aż coś sie wydarzy w blogu pt. Kalasanty Pasiak, oraz nieśmiało na początku zaproponowałem ogólnoblogowa ściepe na pierdlowe środki płatności dla Ciebie (za co z resztą zostałem wyśmiany - przez różnych takich jegomościów sugerujących, że ten blog to ściema) uważam, że należy mi (i innym) kilka słow wyjaśnień:
1. Dlaczego blog zatrzymal sie na ponad rok???
2. Jakie miales zarzuty, ciekawosc mnie zżera co mozna zarzucać tak inteligentemu gościowi jak Ty
(o inteligencji wnioskuje na podstawie słownictwa ktorego uzywasz ;)
Jesli nie chcesz pisać publicznie moj
adres mailowy to michal(afrykańskie zwierze)wronka.pl
Witaj, Michale,
Na razie nie kojarzę Ciebie spośród komentatorów - ale to tylko dlatego, że muszę się teraz mozolnie przekopywać przez komentarze, których oczywiście nie miałem szans wcześniej przeczytać, więc bez urazy.
Wyjaśniam:
1. Pisanie bloga wstrzymałem, gdyż:
- na skutek niefortunnego zdarzenia losowego urwała się bezpowrotnie pomoc ze strony Ziri i ALtiego, o czym wspominam w ostatnich, wolnościowych odcinkach Pasiaka. I nie pytaj, proszę, o szczegóły, dzięki za zrozumienie.
- zmarła mi mniej więcej w podobnym czasie mama (o tym też tu napisałem). Na pogrzeb przepustki nie dostałem, bo tak. Nie ukrywam, że mnie to optymistycznie nie nastroiło - jedno i drugie. Postanowiłem, że olewam. A po wyjściu przyjaciel mnie powiadomił, że mam na blogu prawie 200.000 wejść - i postanowiłem wznowić.
- thx za słowa nt. inteligencji; serio miło mi :) Natomiast inteligencja nie musi się wiązać z mądrością i/lub cwaniactwem. Najogólniej rzecz biorąc, próbowano mi przypinać udział w przekrętach finansowych. Przekręty były, i to niemałe - ja zostałem nieświadomie "wmanewrowany" w ten cały mechanizm. W całej sprawie zapadły wyroki skazujące na odsiadki między 3 a 10 lat, o ile pamiętam. Mnie uniewinniono.
Na koniec prośba, Michale: mógłbyś wskazać, gdzie ogłaszałeś "zrzutkę" na blogu Pasiaka? Wyszukanie zajęłoby mi trochę czasu. Z góry thx.
Pozdrawiam, proszę o rozpowszechnianie adresu bloga :)
K.W.
Z tego co udalo mi sie znalezc to propozycja padla w odcinku "Wycieczka na koszt podatnika, a także kawa 24 h na dobrę" z Padziernika 2010.
Od kilku dni mam podobne odczucia do Twoich ;-)
Prześlij komentarz