Pionizacja rzeczywistości


No i głupio się czuję w tej nowej rzeczywistości... "Głupiość” ta wynika nie tyle z moich osobistych niekompatybilności z nadmiarem przestrzeni, możliwością wstawania o dowolnych porach i wybierania sobie menu (tzw. embarras de richesse), ile z dylematu: CO pisać? Jak żyć? Ech…

Dobra, zacznę od prozaicznego opisu tego, co się ze mną działo, i dlaczego tak trudno i dziwnie. Albo dlaczego się nie działo. A potem poleci z góry na zasadzie sraczki słownej, którą jestem obdarzon pewnie genetycznie. No to dajemy…

Dzień trzeci (czwarty? A, pies tańcował z tym, który):

- Kalasanty obudził się.
- Kalasanty walnął porannego klocka, po którym się obmył, o dziwo, cały.
- Kalasanty odział się i spożył.
- Kalasanty wychynął na świat, rozglądając się czujnie, czy go kto nie śledzi, i udał się do pobliskiego wielobranżowego, by nabyć serek topiony, Alka-Setzer, kiszonego ogórka, 300 g proszku do prania i 200 g czekolady. Oraz by się pogapić na młode ekspedientki.
- Kalasanty…

Ech. No i dupa, sami widzicie :/

Może inaczej:

- Kalasanty wyciągnął z tajemnego schowka w super-willi odziedziczonej po ekscentrycznym wujku-miliarderze z Pernambuco zamówiony potajemnie w Tajwanie super-zagłuszacz ogłupiający sygnał GPS ze wszystkich satelitów, odpalił swojego Kalimobila z rakietami ziemia-powietrze-woda-podziemie, i włączając tryb niewidzialności pomknął jako piorun ten ognisty w kierunku willi prokuratora S. ….

No i co ja mam z tym zrobić? Prawdę napisać?... No, cholera, w pierdlu to jakoś szło, a na wolności jakby wstyd. Ale spróbuję, może to i kogoś zainteresuje...

Jak wspomniałem proroczo wcześniej na blogu, tym „zzakratowym”, obywatel nagle wypuszczony na wolnościową rubież może czuć się niepewnie, bezsilnie, i wręcz kretyńsko; uzależnienia od rytuałów bywają silne. To tak, jak w tej starej anegdocie o pewnym mieszkańcu Tokio, który wyjechał na doroczne wypasione, dwudniowe wakacje na Hokkaido (taka ichnia wyspa na północy, z lasami, strumieniami, niedźwiedziami, Ajnami i w ogóle bardzo ekolo) doznał szoku tlenowego, a przytomność odzyskał dopiero po tym, jak przyłożyli go do rury wydechowej Toyoty, czy innej Mazdy (TU MIEJSCE NA REKLAMĘ). Tak więc pojawiły się przede mną przewidywalne dylematy, typu: jak działa komórka kolejnej generacji i karta do bankomatu (której na razie nie mam), dlaczego trzeba płacić za przejazd różnymi pojazdami, i co się w ogóle robi, żeby społeczeństwo nie patrzyło na ciebie jak na raroga – choć póki co, społeczeństwo się nadal do mnie pełną gębą uśmiecha, ku mojemu rosnącemu zdziwieniu. Zdziwienie zostało delikatnie przytemperowane w momencie, gdy pewna zagubiona turystka zapytała mnie porą popołudniową o drogę do hotelu, czy też synagogi w krakowskiej dzielnicy Kazimierz. Z entuzjazmem podjąłem się drogi tej wskazania, mówiąc, że sam w tym kierunku się wybieram (i tak było!), i ogólnie proponuję swoje towarzystwo i/lub ochronę przez kolejnych minut dziesięć. Turystka straciła cały entuzjazm dla 500-metrowej eskapady; stwierdziła, że jednak posiedzi sobie na ławeczce, a mnie dziękuje za wskazówki i w ogóle „Vaia con Dios”. Turystka miała tak na oko lat 80, a jednak moja bandycka gęba ją odstraszyła. Hm. Mam nadzieję, że nie dokonała turystycznego żywota na ławeczce – temperatury okrutne naonczas panowały.

Z finansami na szczęście nie najgorzej; dzięki WKO (Więzienna Kasa Oszczędnościowa), która zapobiegliwie zatrzymuje na tzw. kasie żelaznej połowę wpłacanych aresztantowi/więźniowi środków, oraz paru spóźnionym wpłatom ze strony kilku klientów jeszcze z 2009 (50% na „żelazną”) wyszedłem z sumą, która pozwoli mi przeżyć w miarę komfortowo dwa miesiące. Albo bardzo oszczędnie cztery. Jak pewnie jeszcze nie wspominałem, jestem specjalistą świadczącym „usługi dla ludności”, w związku z czym nie pracowałem na szczęście na etacie dla żadnej korpo, tylko miałem swoich klientów-pośredników, którzy wyszukiwali dla mnie zlecenia, kasując naturalnie swoją taksę jako klienci-pośrednicy, agentami inaczej zwani. Postanowiłem sprawdzić, którzy z nich mnie jeszcze pamiętają, i – co ważniejsze – którzy mieliby dla mnie ewentualnie nadal zlecenia. Dzwonię do ABC Agency:

„Siema, Piotr. Jestem wśród żywych.”

„Siema, Kali. Cieszymy się tu w firmie, serio.”

„No to ja się cieszę, że się cieszycie. Będzie coś dla mnie?”

„Eee… nie w tym tygodniu. Ale na przyszły zapowiadał się jeden zleceniodawca, że będzie miał parę mega* do obrobienia. Zainteresowany?”

„Jasne, dzięki! Stawka bez zmian?”

„Tak i nie. Stawka ta sama, ale trochę inflacja zeżarła, więc efektywnie niższa.”

„Biorę; zadzwoń. Aha, zapisz sobie mój nowy numer: 6xx xxx xxx. Nareks.”

* Kalasanty „obrabia megi (a także czasem nawet gigi)”, czyli pracuje z plikami komputerowymi. Jakiego rodzaju to pliki jak je obrabia i za ile, Kalasanty nie zdradzi, gdyż nadal pragnie być anonimem.

Rozmowy przebiegały podobnie w agencjach DEF i GHI – nie jest źle! Będzie na szyneczkę do chlebusia, choć na komornika jeszcze nie. W agencji JKL jednakowoż powiedziano mi, że dalsza współpraca ze mną, ze względu na wizerunek firmy, nie będzie możliwa – a chuj-żesz im w dupę-ż; tak jakbym się podpisywał imieniem i nazwiskiem pod  każdą obrobioną megą! (czego nie robię).... W ogóle życie w pierdlu usztywniło pewne moje postawy – już nie staram się jak kiedyś przekonywać do siebie ludzi nie-całkiem-przekonanych. Nie podobam ci się? No to nie patrz, odwróć się i pójdź sobie w pizdu, szerokiej pizdy życzę. Ze znajomych odwróciło się ode mnie bodaj troje, czy czworo ludzi. No to ich sprawa, że postanowili zamknąć znajomość; ja się nie będę tłumaczył, czy namawiał do spojrzenia z drugiej strony albo przeczytania Pasiaka. Wydali wyrok i OK. Nie zasługują na znajomość z moją skromną osobą.

Bilans otwarcia nie najgorszy więc: utrzymanie staje się realne, pozbyłem się z życia kilku mend, a w ogóle jest lato, i pewnie pojadę gdzieś niedaleko nad wodę. Popatrzę sobie na laski w bikini, popływam, poodbijam z kimś piłkę do siatki, zjem kiełbaskę z grilla, i będę smakował swoją anonimowość.
Wiecie co? Życie eks-więźnia wcale nie jest takie złe.

0 komentarzy:

Prześlij komentarz