Mam
kartę bankomatową! Qrczę, ma funkcję płatności zbliżeniowej, i mogę np. płacić
w McKingu za skromne posiłki bez podawania PIN-u. Nie, żebym jakimś fanem był
szybkożarcia, ale czasem konieczność przyciśnie. Podoba mię się taka funkcja,
ani słowa. Książkę też tak mogę kupić, co krzywdy też mi bynajmniej nie czyni.
Spożycie dania z McKinga generuje, prędzej czy później, acz nieuchronnie
wydalniczość, przy czym książka jest towarzyszem raczej pożądanym. Dwa
przyłożenia karty, i trzy przyjemności: papu, nasiadówka na tronie i lektura.
Opłaca się, świat poszedł do przodu w pożądanym kierunku – co mam sobie krzywdować.
Oblukałem
dokładniej komputer po mojej zmarłej mamie. Cóż, z lekka przechodzony grzmocik z
19-calowym monitorem; acz ma legalną Windę i Office, co jest nie do
przecenienia. Znaczy ta legalność, bo gdyby mieli mnie znów do pierdla zamknąć
za lewy soft, to zrobiłbym pewnie komuś coś strasznego, zważywszy zwłaszcza, że
właścicielem oprogramowania jest osoba nieżyjąca, a żyjąca ma za to odpowiadać.
Chwytacie subtelność tego konstruktu, mam nadzieję?...
Dobra.
Lubię gadżety. Bez miłości, gdyż gadżety jej nie odwzajemniają; nie idźmy w
kierunku japońskich, nieco skrzywionych podle europejskich standardów, upodobań.
Lubię, i to wybiórczo. Lubię kompy, gdyż poza tym, że dają pracę, mogą dać
przyjemność; w postaci gier zwłaszcza. A tu pojawiła się produkcja, na którą
ostrzyłem sobie zęby od dłuższego czasu… Wiedźmin mianowicie. Zwany przez fanów
pieszczotliwie „Wieśkiem”.
Choć
Sapkowskiego fanem jestem niejako od zarania, to nigdy nie zdarzyło mi się
Wieśka w formie cyfrowej nabyć; komp mój był w latach 2007-2009 zbyt mulasty, i
jakoś tak się po prostu nie złożyło, żeby go rozbudować. W sumie może dobrze,
bo sądownictwo nasze skonfiskowało mi grata, a nie coś, co warte było ok. 1000
ojro (w ramach konfiskaty narzędzia przestępstwa – kurzy się teraz staruszek
gdzieś tam w czeluściach prokuratorskich magazynów, a może już go przetopili, i
przerobili na tramwaj z pantografem, albo przynajmniej na chip obsługujący w
takim tramwaju lewy migacz, a może nawet dwa migacze). Nabyłem więc legalnie Wieśka
za śmieszne pieniądze, i zacząłem przygodę. Intro z jednej strony powala, acz
nijak się ma do grafiki samej gry, zwłaszcza przy dialogach w zbliżeniach, bo w
planie ogólnym bardzo znośne; obejrzałem sobie na YT gameplaye z „dwójki”, i dech
mi zaparło. Niestety, po-maminy komp nie pociągnie nawet ani jednego marnego
piksela – a „jedynkę” obsługuje za to bez szczególnych protestów. Pyszna zabawa
z przednimi dialogami i bardzo wciągającą fabułą. CD Project Red uprasza się o niewielkie
finansowe wspomożenie ekskryminalisty za reklamę, będę zobowiązany.
Wieści
z kręgów towarzyskich: zgłębiam życie PUB-u „Patologia”. Oczywista wymieniam
dialogi z bywalcami, z kilkoma jestem na „ty”, jednemu o mało nie przywaliłem w
ryj, z drugim wdałem się w dyskusję o życiu, Wszechświecie i całej reszcie;
czemu przyglądał się z niezmiennie lisim uśmiechem barman Danko, czyli ogólnie norma
knajpiana. Acz wyczaiłem interesującą rzecz…
Jeśli
byliście na głębokim południu Europy, typu Sycylia, czy Grecja, i spędziliście
w jakiejś mieścinie dajmy na to tydzień (mowa nie o rozwrzeszczanych kurortach,
tylko o maleńkich miasteczkach, gdzie na turystę na dzień dobry patrzy się,
jakby co najmniej chodził piętami do góry), to pewnie zauważyliście fenomen,
który ja określam mianem „dziadka barowego” (gatunek ten występuje w mnogości,
a nawet stadnie).
Takie
południowoeuropejskie dziadki barowe, odziane w prawie białe, zapięte pod szyją
i niewyprasowane koszule, plus czarne zapewne od nieprania marynarki, zjawiają
się w lokalnych tawernach gdzieś około ósmej-dziewiątej na odwieczerz,
zamawiają flachę rakii, rozkładają domino, albo planszę do warcabów czy
tryktraka, i pozdrawiają się w niezmiennym rytuale, zamieniając kilka zdań,
które co wieczór brzmią tak samo – toteż po trzecim spotkaniu można z pamięci
odtworzyć ten dialog, który brzmi mniej więcej tak (wersja pseudo-grecka):
Dziadek
1: „Kaliksos epifania kallipygos, konstantinopolis tracheotomia sedes kutas.”
Dziadek
2:: Deos, deos kosmateos, kalokleos. Panathinaikos lesbos, Kleofas.”
Co
znaczy pewnie coś na kształt: „Stara mnie znowu opierdoliła, że nasikałem na
deskę, zołza.” – „Jakby miała prostatę, to by tak nie nadawała, a ci kopacze z
Aten to i tak pedały. Rozkładaj planszę i gramy, kurwa, Kleofas.” Bez żadnego
„dobry wieczór”, bo i po co.
W
związku z czym do niedawna myślałem, że dziadki barowe to specjalność
europejsko-południowa. Otóż myliłem się.
Do
„Patologii” różne ludzie przychodzą. Ostatnio mię się rzuciła w oczy pewna
para, dziadków oczywista. Dziadki, tak na oko w wieku od 10 lat na emeryturze,
są czynne zawodowo – nie ma przeproś, trzeba zapierdalać na 1500 ojro emerytury
dla Greków, by mogli sobie co dzień fundować flachę rakii. I jeden z dziadków,
Stasio, ma w głowie patent. Patent polega na tym, że wymyślił jakiś czujnik,
który ma monitorować jakąś czynność czegoś-tam gdzieś. Posłuchałbym z ochotą,
ale Stasio się rozkaszlał, a u mnie komóra zaterkotala, i wiem na razie tylko tyle,
że Stasio ma ideę. Jego przyjaciel, Jurek, jest z kolei informatykiem – z
pokolenia, które pracowało na komputerach „Odra”, które stosowały karty perforowane
zamiast dyskietek, i pewnie perforacja następowała przy pomocy gwoździa. Tak
czy siak: Stasio ma patent, a Jurek ma mu to zwizualizować komputerowo. I już
kilka razy słyszałem dialog typu: „To weź to przynieś!...” – „Ale muszę
dokończyć projekt!” – „No to ja cię pierdolę w takim razie!”. Taka lokalna
never-ending-story. Barman Danko poinformował mnie, że oni tak już od roku
gdzieś się targują, upijają się, i obrażeni wracają w pielesze. Cóż, lokalna
specjalność – acz nie spodziewałem się, że południowoeuropejskie wzorce są aż
tak uniwersalne.
No
dobra – czas na aferę erotyczną.
Otóż
zapoznałem niedawno dziewczę. Niebrzydkie, niegłupie, i z gatunku „Gotowe na
wszystko”. Po kilku spotkaniach i spożyciu kilku litrów różnych płynów okazało
się, że mamy między innymi wspólne zainteresowania kulinarne. I że moja skromna
osoba może robić za kulinarnego gura (dopełniacz od „guru”); bo ja wiem – czy
ugotowanie parówki przy pomocy dwóch drutów i żyletki to akurat taka sztuka?...
No nic. Onegdaj okazało się, że dziewczę jest niedożywione, i pragnie
mianowicie spożyć ze mną kolację, którą ja ugotuję (bez żyletek i drutów), i
którą spożyjemy, przy czym sugestia śniadania był wliczona w pakiet.
Ugotowałem, spożyliśmy i zapiliśmy posiłek, i… romantycznie się zrobiło. Zachciało
się nam wspólnie powzdychać do księżyca. No więc powzdychaliśmy doń, a jak
księżyc się chował, to wzdychaliśmy, by się na powrót pokazał. I wzdechy nasze
poniosło…
Poniosło
piętro niżej, gdzie mieszka pani Pecia. I pani Pecia miała na następny dzień
przynieść mi moje prasowanie; a po otwarciu drzwi otwiera się widok na salonik.
A na widoku fotel. A na fotelu stanik – nie mój, rzecz jasna. A z łazienki
dobiega dziewczęcy śpiew, odgłos prysznica oraz pach golenia. Więc pani Pecia,
z brwią namarszczoną, chorobliwym rumieńcem na facjacie i naręczem
wyprasowanych ciuchów, rzuca mi w twarz: „Panie Kalasanty, muszę zakończyć
naszą współpracę!... Pańskie zachowanie jest karygodne!”. Serio piszę, to się
NAPRAWDĘ zdarzyło.
Zostałem
z opadniętą szczęką i pustką w głowie. Macie pomysł, co z tym zrobić?... Poza
tym, że muszę znaleźć nową gosposię?...
Się
porobiło… Jednak w pierdlu, bez kobiet, świat był mniej skomplikowany.

7 komentarzy:
Witam!
Też od niedawna posiadam taką kartę :) i baaardzo ją lubię ale niekiedy tracę kontrolę i za dużo wydaję...
Pani Pecia może spanikowała. Kłopotliwa sytuacja i Pecia "uciekła" :) Myślę, że możesz ją przeprosić ( jeżeli chcesz oczywiście ) albo współpraca z nowo poznaną dziewczyną- porządki a później wzdychanie do księżyca :)
Pzdr
K.o
Joł, K.o.
Pani Peci przeprosić się nie da; ostatnio spieprzała przede mną w podskokach, chowając się za filar bloku, serio. Wymówiła mi "służbę", jej wolniackie prawo. Do przepraszania jej się nie poczuwam, o ile nie zakłócam ciszy nocnej. Wzdychanie do księżyca nie przekroczyło ogólnie przyjętego poziomu decybeli, o ile moja ocena akustyczna jest słuszna.
Z "nową dziewczyną" nie wiem, jak się współpraca ułoży, natomiast jeśli miałaby się ułożyć na czas dłuższy, lub na tzw. stałe, to i tak gosposi sobie życzę. Moja ewentualna pani nie będzie jechać na szmacie, tak długo, jak mnie będzie stać na opłacanie tych skądinąd godnych ze wszech miar szacunku czynności.
Nieustająco zapraszam do lektury i rozpowszechniania namiarów na bloga :)
K.W.
Znasz swój zawód;)
Pozdrawiam
Przebóg, rozszyfrowałe/aś mnie! ;)))
ohhh Kalasanty ależ chciałabym Cię poznać!!!!!
Obawiałem się, że taki komentarz się kiedyś pojawi ;)))
Ale ja jestem wirtualny, niestety... ;) No dobra, pokorespondować zawsze możemy, na górze jest adres e-mail :)
K.W.
Masz adres ? Szczęściarz ;)
nutka
Prześlij komentarz